Pozycjonowanie Grupy Rafała Kmity

Jakiś czas temu (bodaj na początku grudnia) ruszyła zrobiona przeze mnie strona Grupy Rafała Kmity. I hula ładnie, chociaż jest taka sobie graficznie (cóż… nie mam do tego zdolności i nic już na to nie mogę poradzić). Ale ja nie o tym.
Strona ta była dla mnie wyzwaniem nie tylko pod względem zrobienia jakiegoś layoutu i napisania kawałka kodu w HTMLu (niestety – nie poradziłem sobie ze względów czasowych z rozpisaniem tego na CSSie, ale większej potrzeby też nie było) ale również pod względem pozycjonowania. Nacisk położyłem na google – dla mnie jedyną wyszukiwarkę sieciową, w którą warto „inwestować” swój wysiłek.
No i udało się właściwie. Udało się lepiej niż sądziłem. Google wyszukują wspomnianą stronę po frazy typu „Grupa Rafała Kmity” czy też tytuły poszczególnych spektakli i jest ona w pierwszych pięciu wynikach (niestety nie zawsze udaje się przeskoczyć starą wersję strony umieszczoną na innej domenie). Największym jednak sukcesem dla mnie okazała się fraza „skecz o radiu” – taki ciąg zaproponował Arek Lipnicki („bo ludzie nas z tym kojarzą”) – tutaj kmita.art.pl jest na pierwszym miejscu.

Dzisiaj wprowadziłem kilka zmian (jakich to tajemnica ;-) ale prostych i banalnych wręcz) na dodanej kilka dni temu podstronie „Powiedzieli o nas…” – ciekaw jestem jak się sprawdzą w wyszukiwarkach (swoją drogą – właśnie sprawdziłem szukaczki onetu, wp i interii – pozycjonują stronę właściwie tak samo jak google) i czy na zapytania o nazwiska, które coś powiedziały w wynikach będzie strona Kmitów… Jeśli tak to dla mnie pełen sukces :D

21 gramów

Robię sobie ostatnio co wieczór maraton filmowy. No… maraton to za dużo powiedziane – po jednym filmie dziennie („wieczornie” właściwie). Przedwczoraj „Donnie Darko” w wersji reżyserskiej, wczoraj „21 gramów”.

O ile pierwszy taki sobie (tym bardziej, że widziałem go już wcześniej kilka lat temu) o tyle drugi rewelacyjny. Żałuję, że nie załapałem się na seanse w kinie… Naomi Watts boska, piękna (nawet jak robi „grymaśne” miny albo dopiero co jest po przebudzeniu – no, ale to uroda kobiety dokładnie w moim typie) i rewelacyjna. Sean Penn jeszcze lepszy, tak samo Benicie Del Toro. Świetny film o życiu, śmierci, trochę o miłości i przede wszystkim o tym jaki ten świat jest mały i jak trudno czasami zrozumieć drugiego człowieka, szczególnie stojąc z boku i tylko przyglądając się jego życiu, nie znając całości.

Gorąco polecam, powinien być w wypożyczalniach.

Olympus C-765

Olympus C-765 to mój nowy nabytek. Wreszcie kuiłem sobie aparat cyfrowy! Fociłem nieco kilka lat (to już „lat”!) Prakticą PLC 3, z krótej jestem bardzo zadowolony, ale… albo ja mam coś z oczami, albo aparat nie trzymał mi ostrości. Z czasów manuala zostało mi zamiłowanie do fotografii (totalnie amatorskiej, bądź co bądź) i chorowałem na cyfrę. Na analogowe odbitki nigdy nie było mnie stać. Teraz mogę sobie chodziaż dowoli popstrykać :) A z efektów jestem jak na razie zadowolony (z kilkoma rzeczami trzeba się pogodzić, cóż…). Przykład – poniżej. Oczywiście pomniejszony, więc nie oddaje ten obrazek tego co potrafi aparat.
Wawel - 10 stycznia 2005r.

Marzyciel

Obejrzałem dwa dni temu „Finding Neverland” z Johnnym Deppem. Świetny film, polecam.
Już jakieś 2 miesiące temu w „Talking Movies” na BBC o nim słyszałem i o tym, że bije rekordy w Ameryce, a Amerykanie są zachwyceni. Hmm… szczerze mówiąc dla mnie to żadna rekomendacja, wręcz przeciwnie. Ale coś mi mówiło, że warto film zobaczyć i kazało na niego czekać. Pewnie gdyby nie DivX to poszedłbym do kina (a do kina chodzę na bardzo wyselekcjonowane pozycje – tym bardziej, jak tak na prawdę nie mam ostatnio kiedy iść do kina).
Film o powstawaniu „Piotrusia Pana”, ot co. Ma w sobię i konkret i magię – doskonale to wszystko łączy. Depp świetny.
Gorąco polecam. W Polsce w kinach bodaj w lutym.

Pink Floyd nieznany – ciąg dalszy

Dzisiaj słucham kolejnej płyty z wymienianej wczoraj serii. Tym razem są to nagrania z czasów „The Wall” – mojej ulubionej płyty wszechczasów. Chociaż… to taka prosta płyta. Banalna muzycznie właściwie, jeśli porównać ją z „Ummagummą” czy „Saucerful Of Secrets”. Ale ja ją lubię, wręcz ubóstwiam.

I wiem z czego to się bierze, tak na prawdę. Kiedy słuchałem jej pierwszy raz chyba mnie znudziła (to było lata temu, jeszcze pewnie w liceum) – to w końcu dwa krążki; masa czasu! ;) Potem długo nic – no płytka jak płytka, była sobie gdzieś i tyle. Oczywiście znałem „Another brick in the wall, part 2”, nieco mniej konarzyłem „Comfortably Numb”.
Aż pewnego dnia się przekonałem. I bardziej, i bardziej. Potem przeczytałem wreszcie teksty (po polsku) – to było moje życie! Jak miałem jej nie pokochać, skoro to o mnie? Też miałem „little black book with my poems in”, też miałem czasem „One of my turns”. Zobaczyłem film Alana Parkera po kilku latach… Zachwycił mnie. Muzykę i piosenki znałem już na pamięć, więc oglądając mogłem sobie śpiewać pod nosem.

Jakiś czas potem rozstałem się z Moniką. Jej ten film nie pociągał, a album – no kolejny album. Nie podzielała mojego entuzjazmu i moich emocji. Ale kiedy się z nią rozstałem jeszcze bardziej utożsamiłem się z filmem, a co za tym idzie – z muzyką. Od tamtej pory do „One of my turns” doszło kilka sąsiednich nagrań. I tak w tym momencie (niezmiennie od kilku lat) najbardziej fascynuje mnie „druga strona pierwszego krążka” (eh… zdobyć kiedyś „The Wall” na czarnej płycie; no – ale wpierw jakiś sprzęt odtwarzający winyle)

Po co to wszystko teraz? Chyba dlatego, że nachodzi mnie czas samotności. Czucia tej samotności, bo samotny jestem od kilku(nastu?) miesięcy. Czasem czuję to mocniej, czasem o tym zapominam. Od 2-3 dni zaczęło mi to przeszkadzać… a zbieg okoliczności sprawił, że słucham piosenek z płyty o samotności właśnie.

„Niech mnie ktoś przytuli!” ;-)

Pink Floyd nieznany

Od kilku dni słucham (każdego dnia po jednej płytce) kolejnych płyt z pakietu A Tree Full Of Secrets. To taki pakiecik (bootleg) 18 kompaktów z niepublikowanymi wcześniej utworami Floydów. I tak na przykład dzisiaj po przesłuchaniu piątej płytki na nowo zakochałem się w „Wish You Were Here”… bo na piątym kompakciku są właściwie tylko dwa utwory – „Shine On You Crazy Diamond” i „Have A Cigar”. Wersje short, demo, mono, fake stereo i Bóg wie jakie jeszcze.
Tak czy inaczej – polecam to wydawnictwo (pewnie trudno zdobyć, ja znalazłem dojście w sieci), szczególnie dla fanów PF.