Videodrome
Dokładnie pomiędzy 14 a 22 maja 1999 roku obejrzałem jakąś 1/4, może 1/3 filmu Videodrome Davida Cronenberga. Film był w polskiej telewizji, jakoś wieczorem, a ja standardowo zasnąłem podczas emisji.
Skąd wiem, że było dokładnie tak, a co więcej – z tak precyzyjną dokładnością? Otóż właśnie na przestrzeni tego tygodnia zapisałem sobie w takim zeszycie (nazywam go „little blue book with my poems in” parafrazując słowa z „The Wall”) pomysł na opowiadanie, który podczas emisji „Videodrome” przyszedł mi do głowy. Odnalazłem to przed chwilą i… niestety pomysł jest niedokończony; urywa się dokładnie w tym miejscu, do którego pamiętam go od lat! Dlaczego nie napisałem tego opowiadania? Chyba dlatego, że pomysł zbiegł się z filmem w TV (szczerze mówiąc nie wiem co było pierwsze – podobnie miałem z Oczami szeroko zamkniętymi i nawet bardziej Equilibrium) i widząc film uznałem, że nie można popełniać plagiatu (choć swoją wersję „Choinki u Chrystusa” Dostojewskiego mam rozpracowaną do końca, tylko siąść i przepisać z głowy), a poza tym będzie to wtórne.
Po tym przydługim wstępie należy się sedno sprawy: po co ten wstęp i ten wpis? Ano po to, że wreszcie, po przeszło sześciu latach (!) zobaczyłem „Videodrome” w całości. Nie byłoby plagiatu (…i dlatego nie zdradzam tutaj istoty tego pomysłu na tekst). Film – rewelacja (chociaż nie jest to arcydzieło – późniejszy eXistenZ znacznie lepszy). I co najgorsze – bardzo prawdopodobny w przyszłości.
Świat przestał być tylko realny, namacalny. Poza realnością jest też ta wirtualna sfera – jeśli nie ma cię w TV bądź Internecie, to znaczy że nie ma cię wcale. Co więcej – sfera wirtualna wystarczy! Jeśli jesteś w TV i/lub Internecie to znaczy, że istniejesz na pewno w rzeczywistości. Jaka to blaga! Jedna wielka blaga!
W takim razie można pokusić się o stwierdzenie, że wszystko można wykreować jedynie wirtualnie. Sądzę, że gdyby zjawił się ktoś kto zechciałby pokazać światu jak łatwo poddać społeczeństwo wirtualnej manipulacji (tj. manipulacja byłaby prawdziwa, ale odbywałaby się w całości jedynie w wirtualnym świecie) mógłby to bardzo łatwo osiągnąć. Wszystko jest kwestią kosztów. I precyzji oraz dobrej reżyserii.
Załóżmy sytuację taką jak w Polsce w tym momencie: kampania przed wyborami prezydenckimi. Wymyślamy sobie fikcyjnego kandydata. Z mediami i wyborcami kontaktujemy się jedynie za pośrednictwem elektroniki: Internet oraz gotowe nagrania audio i video dostarczane redakcjom. Problemem mogłyby być akcje typu konferencje prasowe. Bo jestem przekonany, że wszelakie wiece można by obejść. Wystarczy sztab ludzi, jakiś fikcyjny (choć w tym momencie rozwoju techniki jeszcze jednak istniejący realnie) człowiek-kandydat, który użyczyłby swojej twarzy i głosu (niekoniecznie musi to być ta sama osoba) i odpowiednia promocja. Dużo promocji, dużo public relations i jeszcze więcej marketingu (głównie w sensie reklamy – billboardy, spoty telewizyjne i radiowe). Mogę iść o zakład, że odpowiedni program podparty odpowiednio medialnym (odpowiedni głos, wygląd, zachowanie, słowa, gesty i mimika) i wyszkolonym człowiekiem byłby w stanie zgromadzić 10-15% poparcia społeczeństwa. Skoro może istnieć bank (jakże wymagająca zaufania instytucja!) nie mający placówki to może też zaistnieć nieistniejący kandydat na prezydenta.
Coś działającego w drugą stronę (świat wytworzony wokół nieświadomego człowieka) to The Truman Show. Sądzicie, że jest to tylko niemożliwa do realizacji (w tym momencie) fikcja filmowa?…
kanał RSS wpisów
Odnosnie przedostatniego akapitu polecam film „Fakty i akty” (Wag the Dog) o manipulacjach podczas kampani prezydenckiej
klavasi — 24-08-2005 @ 8:57
Pragnę śmierci… Tylko ona na mnie czeka. I tylko ona mnie chce. Jestem do głębi poruszona Twoimi wierszami. Po ich przeczytaniu zorzumiałam, że spotkałam bratnią duszę. Że kiedyś już sie spotkaliśmy. Czekam na odpowiedź.
Anka ( lady_snake@wp.pl
GG 5229262
PS. Też już napisałam tomik wierszy o śmierci.
Anka — 15-12-2005 @ 23:32