Olympus C-765

Olympus C-765 to mój nowy nabytek. Wreszcie kuiłem sobie aparat cyfrowy! Fociłem nieco kilka lat (to już „lat”!) Prakticą PLC 3, z krótej jestem bardzo zadowolony, ale… albo ja mam coś z oczami, albo aparat nie trzymał mi ostrości. Z czasów manuala zostało mi zamiłowanie do fotografii (totalnie amatorskiej, bądź co bądź) i chorowałem na cyfrę. Na analogowe odbitki nigdy nie było mnie stać. Teraz mogę sobie chodziaż dowoli popstrykać :) A z efektów jestem jak na razie zadowolony (z kilkoma rzeczami trzeba się pogodzić, cóż…). Przykład – poniżej. Oczywiście pomniejszony, więc nie oddaje ten obrazek tego co potrafi aparat.
Wawel - 10 stycznia 2005r.

Marzyciel

Obejrzałem dwa dni temu „Finding Neverland” z Johnnym Deppem. Świetny film, polecam.
Już jakieś 2 miesiące temu w „Talking Movies” na BBC o nim słyszałem i o tym, że bije rekordy w Ameryce, a Amerykanie są zachwyceni. Hmm… szczerze mówiąc dla mnie to żadna rekomendacja, wręcz przeciwnie. Ale coś mi mówiło, że warto film zobaczyć i kazało na niego czekać. Pewnie gdyby nie DivX to poszedłbym do kina (a do kina chodzę na bardzo wyselekcjonowane pozycje – tym bardziej, jak tak na prawdę nie mam ostatnio kiedy iść do kina).
Film o powstawaniu „Piotrusia Pana”, ot co. Ma w sobię i konkret i magię – doskonale to wszystko łączy. Depp świetny.
Gorąco polecam. W Polsce w kinach bodaj w lutym.

Pink Floyd nieznany – ciąg dalszy

Dzisiaj słucham kolejnej płyty z wymienianej wczoraj serii. Tym razem są to nagrania z czasów „The Wall” – mojej ulubionej płyty wszechczasów. Chociaż… to taka prosta płyta. Banalna muzycznie właściwie, jeśli porównać ją z „Ummagummą” czy „Saucerful Of Secrets”. Ale ja ją lubię, wręcz ubóstwiam.

I wiem z czego to się bierze, tak na prawdę. Kiedy słuchałem jej pierwszy raz chyba mnie znudziła (to było lata temu, jeszcze pewnie w liceum) – to w końcu dwa krążki; masa czasu! ;) Potem długo nic – no płytka jak płytka, była sobie gdzieś i tyle. Oczywiście znałem „Another brick in the wall, part 2”, nieco mniej konarzyłem „Comfortably Numb”.
Aż pewnego dnia się przekonałem. I bardziej, i bardziej. Potem przeczytałem wreszcie teksty (po polsku) – to było moje życie! Jak miałem jej nie pokochać, skoro to o mnie? Też miałem „little black book with my poems in”, też miałem czasem „One of my turns”. Zobaczyłem film Alana Parkera po kilku latach… Zachwycił mnie. Muzykę i piosenki znałem już na pamięć, więc oglądając mogłem sobie śpiewać pod nosem.

Jakiś czas potem rozstałem się z Moniką. Jej ten film nie pociągał, a album – no kolejny album. Nie podzielała mojego entuzjazmu i moich emocji. Ale kiedy się z nią rozstałem jeszcze bardziej utożsamiłem się z filmem, a co za tym idzie – z muzyką. Od tamtej pory do „One of my turns” doszło kilka sąsiednich nagrań. I tak w tym momencie (niezmiennie od kilku lat) najbardziej fascynuje mnie „druga strona pierwszego krążka” (eh… zdobyć kiedyś „The Wall” na czarnej płycie; no – ale wpierw jakiś sprzęt odtwarzający winyle)

Po co to wszystko teraz? Chyba dlatego, że nachodzi mnie czas samotności. Czucia tej samotności, bo samotny jestem od kilku(nastu?) miesięcy. Czasem czuję to mocniej, czasem o tym zapominam. Od 2-3 dni zaczęło mi to przeszkadzać… a zbieg okoliczności sprawił, że słucham piosenek z płyty o samotności właśnie.

„Niech mnie ktoś przytuli!” ;-)

Pink Floyd nieznany

Od kilku dni słucham (każdego dnia po jednej płytce) kolejnych płyt z pakietu A Tree Full Of Secrets. To taki pakiecik (bootleg) 18 kompaktów z niepublikowanymi wcześniej utworami Floydów. I tak na przykład dzisiaj po przesłuchaniu piątej płytki na nowo zakochałem się w „Wish You Were Here”… bo na piątym kompakciku są właściwie tylko dwa utwory – „Shine On You Crazy Diamond” i „Have A Cigar”. Wersje short, demo, mono, fake stereo i Bóg wie jakie jeszcze.
Tak czy inaczej – polecam to wydawnictwo (pewnie trudno zdobyć, ja znalazłem dojście w sieci), szczególnie dla fanów PF.