Praski „Rezerwat”

Dawno nie było nic w kategorii „film”. Bo i nie było o czym pisać, tak naprawdę.

Ostatnio jako godny polecenia uważam nowy film Łukasza Palkowskiego „Rezerwat”. Film przyjemny w odbiorze, miło się go ogląda, ładne zdjęcia i muzyka.

Opowiada o życiu na warszawskiej Pradze. Trochę sztampowo pokazanej (co jest nieco śmieszne w zestawieniu z fabułą – główny bohater ma za zadanie zrobić nieszablonowe zdjęcia Pragi) – odrapane kamienice, pijaczkowie szukający frajera, który da na kolejną flaszkę, nocne awantury pod sklepem i tego typu „klimaty” jakie można sobie wyobrazić. Jednak jest w tym filmie ciepło, jakiego dawno w polskim kinie nie wdziałem (ostatnio chyba w „Zmruż oczy”; wychwalane „Sztuczki” były po prostu nudne) i za to wielki plus. Minusy? Kilka się znajdzie – widać, że to debiut, historia jest trochę szablonowa (historia właściciela kamienicy, Grzesio-łobuz zmieniający się po wypadku), czasami rytm zwalnia na chwilę.

W każdym razie – jak na film o fotografii znaleźć można cudne zdjęcia (odbitki w zakładzie fotograficznym, czy zdjęcia Grzesia). Oglądanie nie jest na pewno stratą czasu, a świetne kreacje aktorskie (Sonia Bohosiewicz nagrodzona w Gdyni oraz nagrodą im. Cybulskiego) tylko utwierdzają w przekonaniu, że to dobry wybór.

Do tego piosenka o kwiatach w wykonaniu Marka Romana.

Oskarowe nominacje i filmy

U RAFiego przeczytałem króciutki wpis (właściwie tylko link) o serwisie poświęconym tegorocznym Oscarom. Takie prawie Oscary w wersji Web2.0 ;)

Jest sobie lista, jest głosowanie. I co najciekawsze – są linki do torrentów z filmami (lub wyszukiwaczki tychże torrentów). Piękna inicjatywa ;) Ciekawe czy dotrwa do rozdania nagród?

Swoją drogą – ciekawe czy w dobie web2.0 panoszącego się wszędzie kiedyś zniknie coś takiego jak Akademia Filmowa i Oscary przyznawać będą np. internauci? Coś jak ranking na stronach IMDB.com, ale dla filmów z danego roku. Plus filmy do ściągnięcia (nawet za opłatą).

Jak to się robi? (z politykami)

Marcel Łoziński nakręcił film dokumentalny o produkowaniu polityków. I o tym, jak my – wyborcy – dajemy się tym produktom manipulować.

Zaczyna się wszystko od castingu, jaki przeprowadził Piotr Tymochowicz w Zamku Królewskim. Casting miał na celu wybranie grupy ludzi, którzy wezmą udział w eksperymencie. Ten z kolei miał udowodnić, że „polityk, to tak samo dobry produkt jak płuczka do płukania protezy zębowej.”. I (niestety, właściwie) udowadnia.

Najpierw grupa ludzi przechodzi proste szkolenie medialne – jak gestykulować, jak mówić do ludzi, jak „porywać tłumy”. Po teorii przychodzi czas na praktykę – demonstracja w sprawie ochrony praw pacjentów, protest przeciw wojnie w Iraku (telefon od Andrzeja Leppera do Tymochowicza, który na pytanie „co robisz?” odpowiada „właśnie jestem na demonstracji, którą sam zorganizowałem”).

Po szkoleniu ogólnym (które jest w moim odczuciu bardzo ciekawe i zapewne wiele można się nauczyć – tylko, że jakoś nie wierzę w te manipulacyjne sztuczki z gestami; no nie biorą mnie i tyle) przychodzi czas na drugą część eksperymentu – tworzenie polityków i „obsadzanie nimi stanowisk” jak to się ładnie nazywa. W tym momencie część grupy się buntuje, wyczuwa fałsz i odchodzi. Pozostaje kilku najtrwalszych, najbardziej cynicznych i jednocześnie najmniej ukształtowanych politycznie.

Znaczące są rozmowy z Jackiem Hugo Bader, dziennikarzem Wyborczej, który napisał reportaż o Piotrze Tymochowiczu i jego szkoleniach. Bader obnaża „kandydatów” z braku ich poglądów. „Jakie są twoje poglądy?”, pyta jednego z mężczyzn. „Centrowe”, odpowiada, ale nie wie jeszcze, czy chce być centroprawicą, czy centrolewicą. Próbował z SLD, chciał wejść do PiS-u albo PO, w końcu wylądował u „jedynego nieskompromitowanego lidera” (oczywiście wiadomo jakiego – w pewnym momencie filmu Tymochowicz tak manipuluje pozostałymi w „grze” uczestnikami, aby w końcu wylądowali w młodzieżówce Samoobrony).

Warto zobaczyć ten film (zdziwiła mnie frekwencja – niedzielna pora obiadowa, film dokumentalny, a sala warszawskiego kina Muranów pełna). Warto nie tylko ze względu na opowiedzianą historię i obnażenie mechanizmów działania polityki (których inteligentny człowiek zapewne się domyśla), ale też dla kilku zdań (wypowiadanych przez samego Tymochowicza) typu „Ludzie są na poziomie imbecyla, a polityka jest chujowa”. Tymochowicz mówi to wprost, w tym momencie nie manipuluje, jest szczery. I mówi prawdę. A grupka jego uczniów w mik rozumie, że tak jest, że wystarczy być cynikiem i wykorzystać tą chujowość i imbecylizm.

Kino parsknęło śmiechem… gogolowskim.

9 Songs

Dziewięć piosenek… może nawet więcej – nie liczyłem. W każdym razie w 9 songs poza takimi sobie piosenkami, całkiem niezłymi zdjęciami i dużą ilością nijakiego, ale za to pokazanego bardzo dosłownie seksu nic nie ma… Totalny nihilizm. Wszystko zamknięte w nieco ponad godzinnym dziele powstałym chyba tylko po to, żeby zaszokować owym dosłownym seksem. Zresztą – seks ów już chyba tak nie szokuje (przynajmniej mnie – prasa pisała nieco inaczej) – po Ostatnim tangu w Paryżu kilkadziesiąt już właściwie lat temu i Intymności kilka lat temu nic w kinie mnie nie zaskoczy. Przynajmniej w sferze pokazywania aktów seksualnych (bo wg mnie trudno nazwać to miłością)…

Film, fabuła… a raczej jej brak. Jest sobie para, która poza spędzaniem czasu w łóżku i na koncertach nie ma innego życia. Ktoś z krytyków napisał w prasie, że on zaczynają się kochać, ale zaczynają od seksu – najpierw łóżko, potem być może uczucie. Chyba tak właśnie jest, chociaż nie bardzo można do tego dojść oglądając film. Mnie ten film wprowadził w dziwny nastrój – nastrój nihilizmu i nieobecności. Znudził mnie, ale nie zniesmaczył. Ot – normalne manewry łóżkowe pokazane na ekranie. Seks, kreseczka, koncert, zdjęcia Antarktydy, koncert, seks… taka mniej więcej kolejność ujęć. I nic poza tym! Żadnego sensownego dialogu, żadnej akcji, nawet żadnej zdrady czy morderstwa ;). Nic.

Chociaż z drugiej strony – czasem właśnie tak to wszystko wygląda. Niestety.