Broken Flowers

Nowy film Jima Jarmuscha… jest jak typowy, doskonały film Jarmuscha. Wolno płynąca opowieść, specyficzny klimat i narracja. Świetna, choć banalna historia – ot, Don Jonhston (mój ulubiony – szczególnie po Między słowami – ostatnio Bill Murray) dostaje tajemniczy anonim, z którego dowiaduje się, że jest ojcem 19-letniego chłopca. Tylko kto jest matką? Bo Don od kobiet nie stroni(ł) całe życie…
Przyjaciel Winston – domorosły detektyw – namawia Dona, aby pojechał na poszukiwanie autorki listu. Przygotowuje całą podróż i prawie wpycha Dona do samolotu. Co dalej? Trzeba zobaczyć. W każdym razie – dalej trochę różowego koloru, maszyny do pisania i kobiety – różne kobiety, ale coś kiedyś musiało je łączyć, skoro Don nimi się interesował. Przynajmniej tak sądzę – uważam bowiem, że jednak szuka się zawsze jakiegoś podobnego typu partnera. Ten film gdzieś w dalekim planie ukazuje jak ludzie się zmieniają z biegiem czasu i tym, co w życiu ich spotyka. Ale nie Don.

Broken Flowers to nieco mniej typowe kino drogi. Droga zwykle prowadzi do przemiany bohatera. Nie tutaj, nie u Jarmuscha. Reżyser delektuje się opowiadaniem historyjki, a nie samą historią. Film jest znakomity – nieinwazyjnie wchodzi do głowy, nieco bawi, nieco zastanawia (świetna „dysputa” filozoficzna przy kanapkach na końcu filmu) ale przede wszystkim jest rozrywką, popisem prowadzenia opowieści dość banalnej, tak naprawdę.

Videodrome

Dokładnie pomiędzy 14 a 22 maja 1999 roku obejrzałem jakąś 1/4, może 1/3 filmu Videodrome Davida Cronenberga. Film był w polskiej telewizji, jakoś wieczorem, a ja standardowo zasnąłem podczas emisji.

Skąd wiem, że było dokładnie tak, a co więcej – z tak precyzyjną dokładnością? Otóż właśnie na przestrzeni tego tygodnia zapisałem sobie w takim zeszycie (nazywam go „little blue book with my poems in” parafrazując słowa z „The Wall”) pomysł na opowiadanie, który podczas emisji „Videodrome” przyszedł mi do głowy. Odnalazłem to przed chwilą i… niestety pomysł jest niedokończony; urywa się dokładnie w tym miejscu, do którego pamiętam go od lat! Dlaczego nie napisałem tego opowiadania? Chyba dlatego, że pomysł zbiegł się z filmem w TV (szczerze mówiąc nie wiem co było pierwsze – podobnie miałem z Oczami szeroko zamkniętymi i nawet bardziej Equilibrium) i widząc film uznałem, że nie można popełniać plagiatu (choć swoją wersję „Choinki u Chrystusa” Dostojewskiego mam rozpracowaną do końca, tylko siąść i przepisać z głowy), a poza tym będzie to wtórne.

Po tym przydługim wstępie należy się sedno sprawy: po co ten wstęp i ten wpis? Ano po to, że wreszcie, po przeszło sześciu latach (!) zobaczyłem „Videodrome” w całości. Nie byłoby plagiatu (…i dlatego nie zdradzam tutaj istoty tego pomysłu na tekst). Film – rewelacja (chociaż nie jest to arcydzieło – późniejszy eXistenZ znacznie lepszy). I co najgorsze – bardzo prawdopodobny w przyszłości.

Świat przestał być tylko realny, namacalny. Poza realnością jest też ta wirtualna sfera – jeśli nie ma cię w TV bądź Internecie, to znaczy że nie ma cię wcale. Co więcej – sfera wirtualna wystarczy! Jeśli jesteś w TV i/lub Internecie to znaczy, że istniejesz na pewno w rzeczywistości. Jaka to blaga! Jedna wielka blaga!

W takim razie można pokusić się o stwierdzenie, że wszystko można wykreować jedynie wirtualnie. Sądzę, że gdyby zjawił się ktoś kto zechciałby pokazać światu jak łatwo poddać społeczeństwo wirtualnej manipulacji (tj. manipulacja byłaby prawdziwa, ale odbywałaby się w całości jedynie w wirtualnym świecie) mógłby to bardzo łatwo osiągnąć. Wszystko jest kwestią kosztów. I precyzji oraz dobrej reżyserii.

Załóżmy sytuację taką jak w Polsce w tym momencie: kampania przed wyborami prezydenckimi. Wymyślamy sobie fikcyjnego kandydata. Z mediami i wyborcami kontaktujemy się jedynie za pośrednictwem elektroniki: Internet oraz gotowe nagrania audio i video dostarczane redakcjom. Problemem mogłyby być akcje typu konferencje prasowe. Bo jestem przekonany, że wszelakie wiece można by obejść. Wystarczy sztab ludzi, jakiś fikcyjny (choć w tym momencie rozwoju techniki jeszcze jednak istniejący realnie) człowiek-kandydat, który użyczyłby swojej twarzy i głosu (niekoniecznie musi to być ta sama osoba) i odpowiednia promocja. Dużo promocji, dużo public relations i jeszcze więcej marketingu (głównie w sensie reklamy – billboardy, spoty telewizyjne i radiowe). Mogę iść o zakład, że odpowiedni program podparty odpowiednio medialnym (odpowiedni głos, wygląd, zachowanie, słowa, gesty i mimika) i wyszkolonym człowiekiem byłby w stanie zgromadzić 10-15% poparcia społeczeństwa. Skoro może istnieć bank (jakże wymagająca zaufania instytucja!) nie mający placówki to może też zaistnieć nieistniejący kandydat na prezydenta.

Coś działającego w drugą stronę (świat wytworzony wokół nieświadomego człowieka) to The Truman Show. Sądzicie, że jest to tylko niemożliwa do realizacji (w tym momencie) fikcja filmowa?…

Aviator

Kolejny film, wielki kandydat do Oscarów i chyba wielki przegrany (od lat właściwie) – Martin Scorsese i jego Aviator.
Tym razem porażka totalna. O czym jest ten film? Czemu ma służyć? Jak napisałem na pl.rec.film:

„Zestawienie dość ładnych zdjęć, kilka scenek jedna za drugą, ale tak na prawdę – o co chodzi? No był bogaty gość, robił samoloty i filmy, obracał się w towarzystwie gwiazd i co z tego? Jak dla mnie – szkoda było taśmy…
Myślałem, że Martin S. zrobi coś lepszego po „Gangach NY”, ale widocznie się przeliczyłem… I dobrze, że nie dostał tylu Oskarów ile by chciał.”

Piła

Ostatnio nadrabiałem zaległości filmowe. Filmów było kilka, szczerze mówiąc nie bardzo wszystkie pamiętam!
Na pierwszy ogień pójdzie Piła. Film niczego sobie. Trochę chyba uprzedziłem się czytając przed obejrzeniem coś na sieci (głównie na pl.ref.film), ale to nie wszystko. Początek – jak z Cube, który bardzo lubię… Potem całkiem nieźle, ale mocno zalatując Se7en – też lubię… nawet bardziej. Są jednak w moim odczuciu filmy (i piosenki), których nie należy dotykać i wręcz obchodzić się z nimi jak ze świętym jajkiem. Połączenie Cube z Se7en – fajny pomysł, mógł być bardzo udany.
Niestety – Piła w napięciu mnie nie trzymała, była momentami przewidywalna, na nogi nie powaliła. Zobaczyć jednak warto.
Powiedzmy 6.5/10.

21 gramów

Robię sobie ostatnio co wieczór maraton filmowy. No… maraton to za dużo powiedziane – po jednym filmie dziennie („wieczornie” właściwie). Przedwczoraj „Donnie Darko” w wersji reżyserskiej, wczoraj „21 gramów”.

O ile pierwszy taki sobie (tym bardziej, że widziałem go już wcześniej kilka lat temu) o tyle drugi rewelacyjny. Żałuję, że nie załapałem się na seanse w kinie… Naomi Watts boska, piękna (nawet jak robi „grymaśne” miny albo dopiero co jest po przebudzeniu – no, ale to uroda kobiety dokładnie w moim typie) i rewelacyjna. Sean Penn jeszcze lepszy, tak samo Benicie Del Toro. Świetny film o życiu, śmierci, trochę o miłości i przede wszystkim o tym jaki ten świat jest mały i jak trudno czasami zrozumieć drugiego człowieka, szczególnie stojąc z boku i tylko przyglądając się jego życiu, nie znając całości.

Gorąco polecam, powinien być w wypożyczalniach.

Marzyciel

Obejrzałem dwa dni temu „Finding Neverland” z Johnnym Deppem. Świetny film, polecam.
Już jakieś 2 miesiące temu w „Talking Movies” na BBC o nim słyszałem i o tym, że bije rekordy w Ameryce, a Amerykanie są zachwyceni. Hmm… szczerze mówiąc dla mnie to żadna rekomendacja, wręcz przeciwnie. Ale coś mi mówiło, że warto film zobaczyć i kazało na niego czekać. Pewnie gdyby nie DivX to poszedłbym do kina (a do kina chodzę na bardzo wyselekcjonowane pozycje – tym bardziej, jak tak na prawdę nie mam ostatnio kiedy iść do kina).
Film o powstawaniu „Piotrusia Pana”, ot co. Ma w sobię i konkret i magię – doskonale to wszystko łączy. Depp świetny.
Gorąco polecam. W Polsce w kinach bodaj w lutym.