Koniec muzyki jaką znamy?

Łukasz | Internet,Muzyka | 4 mar 2008


Najpierw Nine Inch Nails opublikowali w sieci album, z którego prawie 200 fanów przygotowało swoje remiksy. NIN wybrali 21 utworów i za darmo udostępnili je w sieci, także poprzez sieć torrent.
Później swoją płytę „In Rainbows” za przysłowiowe „co łaska” w sieci wydał Radiohead, na czym zarobił ponoć (wg comScore) 10 mln dolarów, sprzedając płyty za średnio $2,26, przy czym 62% osób „kupujących” płytę na stronie Radiohead zadeklarowało cenę równą zero.

Nine Inch Nails - Ghost I-IVDwa dni temu, drugiego marca, Nine Inch Nails wydali płytę „Ghost I-IV”. Jest to czteroczęściowy album na który składa się 36 utworów. I tutaj ciąg dalszy historii: pierwszą część (9 utworów, w formacie mp3, 320kbps, DRM-free) można za darmo ściągnąć z sieci Torrent (zespół – czyli właściwe Trent Reznor – sam opublikował odpowiedni plik na stronach PirateBay). Paczka pełna, czyli 36 utworów (również w mp3) kosztuje pięć dolarów. Obie wersje zawierają dodatkowo 40-stronicowy PDF i inne elektroniczne dodatki takie jak tapety, logotypy itp. Najdroższa opcja to trzysta dolarów za 4 płyty winylowe plus wszystkie wersje do ściągnięcia z sieci oraz ekskluzywne wydania CD i DVD. W tej opcji tylko 2500 egzemplarzy, każdy podpisany osobiście przez Reznora, z kolejnym numerem… Dwa i pół tysiąca razy $300 daje 750 tysięcy dolarów. Słabo? Według strony, na której można zamówić album – już się sprzedało!

W związku z tym co dzieje się w ciągu ostatniego pół roku na rynku dystrybucji muzyki należy zadać inne pytanie – co dalej? Czy oznacza to powolny koniec koncernów muzycznych i płyt CD? Czy teraz wszyscy będą słychać muzyki ściągniętej z sieci (płatnie czy bezpłatnie to nieco inna kwestia) na swoich iPodach i odtwarzaczach mp3? Sądzę, że tak, ale dopiero za około 8-10 lat będzie można powiedzieć, że to koniec płyty kompaktowej.

W Stanach iTunes Store to druga pod względem wartości sprzedanej muzyki firma, po sieci Wal-Mart. Apple pod koniec lutego podało, że mają 50 milionów zarejestrowanych użytkowników w iTunes i sprzedali ponad 4 mld piosenek. I to wszystko w niecałe pięć lat działalności.

Forrester przewiduje w swoim raporcie, że do 2012 roku wartość sprzedanych płyt CD spadnie do poziomu 3,8 mld dolarów. Dla porównania: w 2011 roku połowa muzyki sprzedawanej w USA będzie sprzedawana w formie cyfrowej. Raport Forrestera przewiduje stały wzrost w ciągu najbliższych pięciu lat rynku muzyki cyfrowej o 23% każdego roku – ma to przynieść 4,6 mld dolarów w 2012 roku.

Branża musi przedefiniować, co jest jej produktem – stwierdza James L. McQuivey z Forrester Research – Większość producentów spędziło lata na śledzeniu wyników sprzedaży płyt. Tak naprawdę to artyści są produktem, a nie tylko jego źródłem. Nowe dochody przypłyną z dużo bardziej nieoczekiwanych źródeł.

Więcej na ten temat:

Miałem o tym napisać…

Łukasz | Internet | 28 sty 2008

…ale jakoś nie mogłem się zebrać. Na blogu longway.blox.pl w zasadzie wszystko o czym myślałem na temat naszej-klasy (tak, mam tam konto i jakieś dane podane – ja się nie boję ;).

Whrrl.com – gdzie zjeść?

Łukasz | Internet | 4 lis 2007

Whrrl.com to nowy serwis pozwalający znaleźć i oceniać miejsca, gdzie można spotkać się ze znajomymi – restauracje, puby, kawiarnie. Jeśli szukasz miejsca, gdzie można iść na obiad w Twojej okolicy (o ile mieszkasz w dużym mieście w USA – przynajmniej na razie) to znajdziesz je na Whrrl. Znajdziesz w sieci i w telefonie komórkowym, razem z lokalizacją na Google Maps.

Oczywiście jak przystało na obecne czasy serwis jest społecznościowy – pozwala tworzyć „sieć” znajomych, zapraszać nowych. Lokale oceniane i recenzowane są przez całą społeczność – daje to w miarę obiektywne oceny. Miejsca można przeglądać pod kilkoma kątami – chociażby według swojego wyboru lub wyboru znajomych.

Whrrl posiada też elementy twittero-podobne, a najciekawszy z nich to rozesłanie zaproszenia do spotkania w wybranym miejscu z poziomu tego miejsca.

Zgodnie z tym co piszą twórcy serwisu – niedługo będzie możliwe dodawanie nowych miejsc oraz informacji o lokalnych wydarzeniach np. koncertach czy filmach.

Kilka dodatkowych informacji:

Osobiście brakuje mi takiego polskiego serwisu – recenzji lokali można szukać na serwisach typu pogodzinach.pl (dla Warszawy, Łodzi, Trójmiasta, Krakowa, Poznania i Wrocłwaia) czy mój ulubiony z czasów mieszkania w Krakowie – knajpy.krakow.pl. Trochę takim serwisem jest też wrocek.pl.

Radiohead: 10 mln USD w tydzień

Łukasz | Internet,Muzyka | 21 paź 2007

…tak donosi Mashable za Wall Street Journal, a za nimi yashke i z kolei ja :)

W każdym razie – Radiohead zdecydował się na upublicznienie swojej nowej płyty (nawet, nawet – bliżej temu do „OK Computer” niż późniejszych płyt, np. „Kid A”) w internecie. Nie za darmo, ale za dowolną kwotę. W ciągu tygodnia kupiono płytę ponad milion razy, łącznie za kwotę 10 milionów dolarów – średnia cena to około 8 dolarów, czyli tak jak przeciętnie kosztuje CD.

Jeszcze przed premierą płyty Radiohead o podobnym ruchu poinformował Trent Reznor z Nine Inch Nails (krzycząc zresztą „tak, tak, kradnijcie moją muzykę!”) mniej więcej w tym samym czasie publikując torrent Nine Inch Nails Open Source Remixes: The Limitless Potential.

Yashke pisze u siebie:

Kiedy zrozumie to jakiś Polski znany muzyk? Nie liczę za bardzo na zafiksowanego w swoim poglądzie na “piractwo” Kazika czy Krzysztofa Cugowskiego. Może Doda? Ja cieszyłbym się gdyby zrobili to chłopacy z Cool Kids Of Death.

a mi się coś wydaje, że kilka lat temu pierwszy (albo jeden z pierwszych) podobnych ruchów wykonał Perfect. I jak podaje Wikipedia:

Za odważny ten krok zespół został nagrodzony specjalną nagrodą i otrzymał statuetkę Światowego Dnia Telekomunikacji która otrzymują wyłącznie osoby i instytucje szczególnie zasłużone dla polskiej teleinformatyki.

normalnie „Order Orła Białego, Budowniczy PRL” ;)

Amerykańscy studenci

Łukasz | Internet | 18 paź 2007

Kuba Filipkowski (yashke.com) wynalazł film, który w przyjemny sposób obrazuje wyniki badań na temat amerykańskich studentów.

Badanie przeprowadzone zostało na grupie 200 studentów. Kilka ciekawych liczb (oczywiście dane średnie):

  • w ciągu roku amerykański student czyta 8 książek
  • 2300 stron internetowych
  • i 1281 profili w Facebook (a ja nigdy tej strony nie zgłębiłem, na MySpace byłem kilka razy – w obu nie mam profilu i nie zamierzam mieć)
  • napisze 42 strony prac semestralnych
  • i 500 stron e-maili

Więcej we wpisie „A Vision of Students Today” (po angielsku).

Krytyka Krytyków.pl

Łukasz | Internet | 1 paź 2007

Dzisiaj ruszył nowy serwis w polskiej blogosferze – krytycy.pl. Jest to (przynajmniej znany mi) jedyny tego typu serwis – łączy blogerów i reklamodawców. Taki (z bardzo dużą swobodą skojarzenia) „adserver” dla blogerów. Serwis trafił idealnie w toczącą się dyskusje o tym czy bloger może się „sprzedać” i napisać recenzję jakiegoś produktu w zamian za taki czy inny sposób gratyfikacji.

Od jakiegoś czasu wiadomo, że blogerzy cieszą się znacznie większym zaufaniem niż standardowa reklama; więc dlaczego reklamodawcy nie mieliby tego faktu wykorzystać? I wykorzystują – mniej lub bardziej po cichu; czasem z tego wychodzi większa afera o tym jak jakaś firma chce przekupić wpływowych blogerów.

Nie ukrywajmy jednak, że wielu blogerów chętnie zgarnęłoby „pewną sumę” za swoją – było nie było – pracę. W Polsce jest to jeszcze mało popularne (chociaż EIrena prowadząca bloga zjadamy reklamy otwarcie na TUBIE powiedziała, że m.in. ze względu na swojego bloga o reklamach pracuje w gazeta.pl, gdzie prowadzi bloga… również o reklamach), a dyskusja na temat „czy blogerowi wypada brać kasę za promocję” wciąż trwa. Jedni są za, inni są przeciw. Trochę np. tutaj.

Krytycy.pl są pewnym lekarstwem na nieco chorą sytuację. Powstała platforma pozwalająca chętnym do pisania znaleźć tematy podrzucane przez chętnych do płacenia. Wydaje mi się, że interes będzie się kręcił. Serwis podpiera się etyką, która brzmi dla mnie całkowicie sensownie (w skrócie: bloger wybiera czy i o czym pisze, reklamodawca daje odpowiednie materiały źródłowe, a czytelnik wie, że ma do czynienia z artykułem sponsorowanym).

Zastanawia mnie tylko co będzie jak np. o modelu telefonu napiszę, że jest super fajny i w ogóle „biegnij do sklepu i kup go natychmiast”, jednak nie działa to czy tamto, a klapka się urwała? Będzie to reklama czy recenzja? Reklamodawca będzie zadowolony? To są moje obawy – bardziej po stronie płacących niż piszących. Boję się, że reklamodawcy będą chcieli na autorach wymóc, żeby pisali tak, jak agencje reklamowe… a nie o to moim zdaniem chodzi.

Tyle jeśli chodzi o blogerów. Co daje taki serwis reklamodawcom? W notatce prasowej autorzy serwisu napisali tak:

„Reklamodawcy otrzymują możliwość dotarcia do swojej grupy docelowej z niezwykłą skutecznością jaką gwarantują blogi. Produkty i usługi naszych klientów opisują blogerzy, w swoim własnym stylu, na swoim blogu co gwarantuje świeżość i autentyczność przekazu. Śledząc przebieg kampanii w Krytycy.pl reklamodawca ma dostęp do informacji zwrotnych od czytelników blogów. Jednocześnie taki rodzaj kampanii daje pozytywne efekty SEO.”

Sam serwis prezentuje się przyzwoicie – mało grafiki, duże literki, ładnie skomponowane. Mi się podoba. Same zasady korzystania z serwisu są jasno opisane w Poradniku Klienta i Poradniku Blogera (ten ostatni wzbogacony nawet o filmy instruktarzowe).

Rejestracja przebiega szybko i sprawnie (jak się jest użytkownikiem testowym to oczywiste ;). Po rejestracji i wszelakich weryfikacjach dostajemy się (jako bloger) do swojego panelu, gdzie należy wypełnić odpowiednie dane i wybrać kampanię, w której chcemy uczestniczyć. Zastanawia mnie wartość „Ranking Krytycy.pl” (przede wszystkim jego skala – opis na blogu serwisu wpis się zgubił :().

Wybieramy kampanię i piszemy tekst. Następnie generujemy oznaczenie, że jest to tekst sponsorowany, zgłaszamy link i… czekamy na kasiorkę :)

Sprawy prawne – umowa i podatki. Twórcy serwisu pomyśleli o tym i – przynajmniej jeśli chodzi o osoby fizyczne (czyli nie-firmy) – wybrali najprostsze rozwiązanie: umowę o dzieło. Oznacza to mniej więcej tyle, że po napisaniu tekstu reklamowego dostajemy umowę (zapewne „umowa o dzieło – przygotowanie tekstu reklamowego”), rachunek i pieniądze. Nie musimy martwić się o podatek – dostajemy kasę już po potrąceniu podatku. Hmm… tylko nie doszukałem się w Regulaminie niczego o formularzu PIT-8b (bodaj na nim rozlicza się umowy o dzieło).

Podsumowując: serwis przyzwoity, pomysł bardzo ciekawy. Zobaczymy jak wyjdzie w praniu. Chłopakom (twórcom) życzę powodzenia!

Wizyta w Moskwie – wrażenia z pobytu

Łukasz | Internet | 12 wrz 2007

Dzisiaj użyczam łam Ani – mojej dziewczynie, która spędziła początkowo sama trzy tygodnie, a później jeszcze tydzień ze mną w Moskwie. Opisała wszystko pięknie, zdjęcia są nasze wspólne, wrażenia też.

Wyjazd do Moskwy zaplanowałam więcej niż pół roku wcześniej. Początkowo wahałam się czy przypadkiem nie zamienić Moskwy na Sankt Petersburg, ale nie trwało to długo. Od dawna chciałam zobaczyć wielką stolicę upadłego imperium. Wydawała mi się, po lekturze przewodników, bardziej pociągająca, przez swą różnorodność, niż historyczna siedziba carów. Wybrałam tak także nieco na przekór wszystkim, którzy namawiali mnie na malowniczy Petersburg i odradzali postsowiecką metropolię.

Zdawałam sobie jednak sprawę, że nie ma sensu jechać tam na tydzień czy parę dni, zwłaszcza dla osoby, takiej jak ja, „skażonej” rusofilizmem. Pojechałam tam nie tylko po to, aby zobaczyć truchło Lenina czy Plac Czerwony, ale przede wszystkim po to, żeby przez „chwilę” poczuć się prawdziwą grażdanką. Dla niewtajemniczonych: żyć z dnia na dzień po prostu jak mieszkanka Moskwy.

Oczywiście do końca mi się to nie udało, bo miesiąc to z jednej strony dość długo jak na wyjazd turystyczny, ale jednak za mało, żeby poczuć się trochę tubylcem.

Myślę, że gdzieś tak pod koniec pobytu, kiedy przyjechał do mnie Łukasz, przekraczałam granicę, w której człowiek przestaje czuć się „wyobcowany” i pewne sprawy codzienne dzieją się rutynowo.

Mieszkałam w akademiku, który mieści się w Instytucie Języka Rosyjskiego im. Puszkina, prowadzącego kursy językowe dla obcokrajowców. Dla mnie kurs bardziej był pretekstem i ekonomicznym rozwiązaniem na dłuższy pobyt niż celem samym w sobie.

Tym, którzy cenią sobie wygodę i sprawne działanie urządzeń powszechnego użytku, jak np. winda, Instytutu Puszkina jako taniego hostelu – nie polecam ;)

Cechą, jaką należy w sobie wykształcić w przypadku pobytu w Federacji Rosyjskiej jest na pewno cierpliwość. To słowo, jak i ogólnie, postawa ma ogromne znaczenie w obcowaniu z tamtejszą kulturą i może zdecydowanie pomóc w adaptacji w tamtejszym środowisku. Człowiek niecierpliwy i nastawiony na szybkie, sprawne i logiczne rozwiązanie problemu czy też zaspokojenie swoich potrzeb niekoniecznie powinien wybierać akurat ten kierunek geograficzny.

Stróże prawa mateczki Rosji zadbały o to, aby każdy przyjezdny, „inastraniec”, prawie na każdym kroku czuł respekt. Nie wystarczy, że musisz uprzednio postarać się o zaproszenie i wizę, ale chcąc spokojnie spać i zwiedzać oraz potem bez przeszkód wrócić do swej matczyzny, powinieneś – uważajemyj turisto – pamiętać o starannym wypełnieniu i pilnowaniu karteczki migracyjnej oraz o obowiązku tymczasowego meldunku. To ostatnie jest wręcz sztuką dla sztuki. Bo wszyscy, którzy jeżdżą do Rosji wiedzą, że zwykłą wizę turystyczną załatwia się bez problemu, jednakże chcąc spędzić w Rosji więcej czasu niż 3 doby, należy się zameldować. Większość najzwyczajniej w świecie kupuje sobie taką registrację w „zaprzyjaźnionych” agencyjkach. Ja nie miałam z tym problemu, bo za mnie załatwiał wszystko Instytut. Łukasz zaś musiał stawić się w śmiesznym rosyjskim ofisie, wyłożyć na stół rubelki, stawić się na dzień następny, dostać jakiś śmieszny świstek i dowiedzieć się o obowiązku zwrócenia go na dzień przed odlotem. Kalkulując wyszło nam z tego wszystkiego jakieś 2 czy 3 dni swobodnego chodzenia po mieście z poczuciem pewności, że można bezczelnie uśmiechać się do rosyjskich władz mundurowych. Absurd. Oczywiście „cenny świstek” przekroczył razem z nami powrotną granicę, bo ani nam się śniło jechać po raz trzeci do tego śmiesznego biura. Myślę, że Łukasz ma już tam jakąś teczkę. W końcu obowiązku nie dopełnił.

Tak, tak… w Rosji obywatelem świata się nie poczujesz, a Twój European Passport wiele tam nie znaczy.

Paradoksalnie chyba jednak chciałam trochę zakosztować takiej biurokratycznej egzotyki. Nie miałam cienia złudzeń, że pod tym względem cokolwiek się w tym kraju zmieniło. Właściwie wysnuliśmy z Łukaszem wspólną tezę, że na taki potencjał ludnościowy jest to pewien sposób przeciwdziałania np. bezrobociu, ot co!

Stąd Pani w gabinecie nr 357 jest od tego, aby poinformować, że Pani w gabinecie obok przykleja w dokumencie zdjęcie, a Pani piętro niżej w gabinecie 201 stawia pieczęć… itede, itepe. Taki urok, taki obyczaj. I już.

Moskwa na co dzień jest trochę przytłaczająca. Nie urbanistycznie, bo przestrzeni użytkowych i rekreacyjnych mają tam dużo. Geometrycznie rozplanowane parki i place, czteropasmowe jezdnie, monumentalne budynki, szerokie mosty dają w pierwszych dniach pobytu wrażenie lekkiego oszołomienia raczej niż przytłoczenia.

Gdzieś tak po tygodniu przytłacza ilość ludzi, pogoda, lokalne przyzwyczajenia. Duszne, zapchane metro, które notabene działa idealnie i skarg składać wręcz nie wypada, zanieczyszczone powietrze, wyczerpujące w okresie letnim trzydziestoparostopniowe temperatury, chwilowe i w ogóle nie przynoszące orzeźwienia deszcze, i z drugiej strony na każdym kroku uświadamianie sobie, że jesteś w miejscu, gdzie wszystko działa trochę wbrew logice, rynek konsumenta istnieje miejscowo, obcokrajowiec dla zasady płaci więcej, a pojęcie informacji jako takiej właściwie nie istnieje.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co piszę jest uproszczeniem, jednak Rosjanie zaskakująco mało wiedzą o swojej kulturze. Dziesiątki razy zdarzało mi się pytać ludzi na ulicach – gdzie znajduje się jakiś monastyr, kościół czy pomnik i pierwszą reakcją zwykle było zdziwienie, że coś takiego w ogóle znajduje się gdzieś w pobliżu, nie mówiąc już o jakimkolwiek precyzyjnym wytłumaczeniu, wskazaniu drogi. Lakoniczne nie znaju po ostentacyjne ja tutaj tylko pracuję po kuriozalne odsyłanie mnie do Panów milicjantów. Ci ostatni widocznie cieszą się ogólną społeczną estymą, lecz pożytku z nich, przynajmniej pod tym kątem, wielkiego nie ma.

Zatem przewodnik plus znajomość języka – Twoje turysto wybawienie.

Mimo zresztą mojego dotychczasowego krzywienia gęby – naprawdę warto tam się wybrać.

Moskwa ma swój charakter, ma swoją wielosetletnią historię, którą czytać można właściwie na ulicach. W jakim bowiem innym mieście mogłabym znaleźć ulicę o nazwie Szosa Entuzjastów? To tylko przykład obrazujący jedną z narzucających się cech tego miejsca. Wciąż czuje się tam socjalistyczny rozmach, dziesiątki pomników większych i mniejszych nawiązujących do minionej, upadłej, ale jednak wielkiej epoki spod znaku sierpa i młota. Jakby wszystko wykonane było w komsomolskim duchu i trudzie zarazem.


Polecam wycieczkę do WDNCh, wielkiego centrum osiągnięć gospodarczych ZSRR. Sama nazwa przyciąga. Na szczycie głównej bramy błyszczą dumnie trzymając w dłoniach snop zboża – robotnik i kołchoźnica. Po drodze mijamy budynki o różnorodnym architektonicznym rodowodzie, z których każdy nawiązuje do tradycji jednej z byłych republik Sajuza. Zaś one same – symbolizowane przez zwiewne kształty pozłacanych, trzymających się za ręce, niewiast – znajdują się w centralnym miejscu. Można jeszcze zwiedzić starą maszynę Aerofłota T-154 jak również przypomnieć sobie o kosmicznych aspiracjach Rosjan, bowiem zaraz za samolotem wisi „prawie” jakby przygotowana do startu rakieta. O tym, że dalekoprzestrzenne ambicje Rosjan odeszły w przeszłość świadczą ruiny Centrum Kosmonautyki, które niegdyś przyciągało turystów. Miejsce zresztą jest bardzo specyficzne, trochę lunapark, trochę ogród, trochę centrum rozrywki… a zaraz obok typowy rosyjski bazar. Na wszystko z góry spogląda, jakżeby kto inny jak nie Włodzimierz Ilicz.

Drugim takim miejscem, które zrobiło na mnie szczególne wrażenie jest Cmentarzysko obalonych pomników, z górującym nad wszystkimi olbrzymim, kilkunastometrowym monumentem Piotra I. Położenie nieprzypadkowe,bo zaraz obok wejścia do Nowej Trietiakowki, którą notabene również trzeba wpisać do obowiązkowego kanonu zwiedzającego Moskwę. Skupisko wszystkich komunistycznych mózgów i oprawców poprzedzone pseudoawangardowymi egzemplarzami dwudziestowiecznej sztuki radzieckiej – w końcu wejście jest od Parku Kultury, a nazwa zobowiązuje ;). Do tego wszystkiego rzeźby ogrodowe albo postacie mało mające wspólnego z bohaterami sowieckimi jak np. Fryderyk Chopin czy też drewniana postać Pinokia.

Wśród Parków, uwielbianych przez Rosjan zresztą, wyróżnia się zdecydowanie Park Pabiedy czyli po naszemu Zwycięstwa. Rosyjska wojna ojczyźniana, pod wezwaniem której znajduje się w tymże Parku bardzo ciekawe Muzeum, rozpoczyna się w Rosji w 1941 r. Drażniące to jest nieco z tzw. polskiej perspektywy, jednak w Rosji wszelkie rewizje historii przychodzą z ogromnym trudem. Rosyjską Pabiedę wieńczy Nike otoczona przez anioły i konnych jeźdźców, olbrzymia statua nadająca całemu miejscu mocno imperialistyczny charakter. Wokół iluminacje fontann, młodzi rosyjscy rollersi, zaś w pobliżu jedna z najmłodszych cerkwi w Moskwie. Znów eklektyzm i egzotyka godna Moskwy.

Mniej egzotyczne, ale bardziej monumentalne są strzeliste pod niebo tzw. stalinowskie gotyki, ubarwiające moskiewskie panoramy. Najbardziej okazały jest chyba Uniwersytet Łomonosowa, znajdujący się niedaleko Wróblowych Wzgórz. Prawie niemożliwy do sfotografowania w jednym kadrze na przeciętnej cyfrówce. Godny obejrzenia głównie o zmierzchu i wieczorem, gdy jest oświetlony. Można odnieść wrażenie, że został zbudowany z prawdziwą wiarą w sukces radzieckiej nauki.

Pozostałe przypominają bardziej lub mniej nasz swojski, stołeczny PKiN. Mnie się podobało, ze względu na wkomponowanie w tło, rosyjskie MSW – wyłaniające się zza zabytkowych, klasycyzujących kamienic Starego Arbatu. Intrygujące zresztą połączenie, bo przecież Arbat był niegdyś dzielnicą rosyjskiej inteligencji i artystycznej cyganerii.

Takich intrygujących, raczej nie zamierzonych połączeń jest więcej, choćby konstruktywistyczne Muzeum Majakowskiego, którego obejrzenie rekomenduję jednym tchem każdemu, znajduje się na przeciw Łubianki. Dom, w którym mieszkał ten awangardowy, choć komunizujący i wspierający idee rewolucji artysta usytuowany jest dokładnie na wprost dawnej siedziby KGB, w której zamordowano w imię tych idei dziesiątki tysięcy Rosjan.

Miejsca takie jak Arbat i odbijające od niego mniejsze uliczki, dzielnice typu Patriarsze Prudy, czy też znajdujący się za Placem Czerwonym Kitaj-Gorod odsłaniają przed nami starą, carską Rosję. Możemy natknąć się na piękne, stare kamienice, jak budynek giełdy oraz urokliwe, bardzo stare cerkwie. Czasem trudno uwierzyć, jak wiele z nich zachowało swój oryginalny charakter i uniknęło świeckiej opatrzności sowieckich władz. Naprawdę bardzo wiele sakralnych i carskich zabytków zachowało się w Moskwie. Kompleksy takie jak Kołomienskoje, Monastyr Nowodziewiczy czy Carycyno stanowią odrębne, wewnętrzne cząstki historii.

Wyjątkiem jest może cerkiew Chrystusa Zbawiciela, ze swoją kontrowersyjną historią, opisaną genialnie przed laty przez Kapuścińskiego. Odbudowana w wielkim stylu za niewyobrażalne pieniądze z budżetu państwa rosyjskiego, wierna kopia swojej poprzedniczki – zniszczonej z rozkazu Stalina na początku lat trzydziestych.

Dzięki temu, że przyjechałam na kurs miałam okazję, nie pierwszy raz zresztą w swoim życiu, słuchać rosyjskich przewodników podczas zwiedzania tych wszystkich miejsc. Rosyjski ekskurs-zawod to specjalny gatunek człowieka, całkowicie oddanego swojej misji, przekazującego treści już nie propagandowe, za to w całkowicie propagandowy sposób. Zjawisko niebanalne.

Typowo „noworosyjski” klimat panuje na Twerskiej – pokazowej ulicy handlowej Moskwy. Błyszczą witryny nowoczesnych sklepów, gdzie sprzedaje się markowe produkty, jest głośno i tłoczno, młode Rosjanki drażnią oczy pstrokacizną strojów, spotykamy luksusowe auta, niekiedy również kierowców obwieszonych złotymi łańcuchami. Normalny klimat wielkomiejski z domieszką rosyjskiej tandety i blichtru. Spacer jednak umila ciekawa architektura i poszczególne, mijane po drodze obiekty, jak np. pilnie strzeżona kafkowska twierdza mera miasta czy też słynne delikatesy Jelisejewa, z przepiękną sztukaterią wewnątrz. Zainteresowanym XX wieczną historią kraju polecam wizytę w Muzeum Rewolucji.

Innym miejscem symbolizującym dzisiejszą rosyjską nowoczesność jest Nowy Arbat.

Wtopiony w socrealistyczne tło, błyszczący neonami kasyn, wystaw samochodowych i biżuterii, eleganckich restauracji i foodcortów wygląda trochę z karykaturą Las Vegas.

Najtrudniej napisać coś o epicentrum, sercu stolicy – wielkiej Krasnoj Płoszczadi.

Któż nie słyszał tej nazwy? Każdy, kto choć przez chwilę był w Moskwie, przejazdem czy tylko służbowo Plac Czerwony „zaliczył”.


Moje pierwsze wrażenie było właściwie nijakie… chyba myślałam, że jest większy. A przecież jest wielki. Chyba sądziłam, że bardziej zabytkowy i zwalający z nóg. A przecież ma i stylowy dom towarowy GUM, i neogotyckie Muzeum Historyczne, i mauzoleum boga rewolucji, i Kreml ze skarbnicą carów oraz jedną z najoryginalniejszych budowli cerkiewnych jakie widziałam – cerkiew Wasilewską. Taki paradoks. Trzeba mi było się oswoić, zrobić porządny spacer o zmierzchu spod Galerii Trietiakowskiej, a potem ujrzeć to wszystko o północy. I choćby dlatego warto tam pojechać. Świadomość, iż kilka wieków temu było w tym miejscu zwykłe targowisko pod Kremlem wywołuje śmieszne odczucia. Dziś to jedno z najpopularniejszych miejsc w tej części Europy.

A wizyta w najsłynniejszym mauzoleum świata przyda się na opowiadanie znajomym anegdot. Polecam zwłaszcza wzrokowy kontakt z tymi bodyguardami trzeciej czy też czwartej już wersji Lenina.

Jak myślę teraz o Moskwie to widzę różnorodność i myślę, że to jest cecha wyróżniająca tego miasta. Widzę śmiesznie ubranych i ufryzowanych ludzi w metrze, grupkami spacerujące służby mundurowe na ulicach, przypominają mi się niemiłe ekspedientki w sklepach spożywczych, kierowcy-anarchiści, ale też urocze wypady do małych soborów na krańcach miasta, powrót o zmierzchu z Parku Izmajłowskiego, skromne, choć pełne tajemniczego uroku mieszkanie Bułhakowa, wieczorny rejs po rzece Moskwie…

Chyba nie chciałabym tam mieszkać, ale na pewno chciałabym kiedyś tam wrócić, zwłaszcza zimą…

Jednak podróżom na Wschód póki co mówimy stop, Łukaszowi – za to Jego moskiewskie poświęcenie – należą się w końcu jakieś wakacje w kraju o bardziej zbliżonych do europejskich standardach cywilizacji… ;)

« Wstecz | Dalej »

Polski Wordpress
Powered by WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał azWeb dla Polski support WordPress