Radiohead: 10 mln USD w tydzień

…tak donosi Mashable za Wall Street Journal, a za nimi yashke i z kolei ja :)

W każdym razie – Radiohead zdecydował się na upublicznienie swojej nowej płyty (nawet, nawet – bliżej temu do „OK Computer” niż późniejszych płyt, np. „Kid A”) w internecie. Nie za darmo, ale za dowolną kwotę. W ciągu tygodnia kupiono płytę ponad milion razy, łącznie za kwotę 10 milionów dolarów – średnia cena to około 8 dolarów, czyli tak jak przeciętnie kosztuje CD.

Jeszcze przed premierą płyty Radiohead o podobnym ruchu poinformował Trent Reznor z Nine Inch Nails (krzycząc zresztą „tak, tak, kradnijcie moją muzykę!”) mniej więcej w tym samym czasie publikując torrent Nine Inch Nails Open Source Remixes: The Limitless Potential.

Yashke pisze u siebie:

Kiedy zrozumie to jakiś Polski znany muzyk? Nie liczę za bardzo na zafiksowanego w swoim poglądzie na “piractwo” Kazika czy Krzysztofa Cugowskiego. Może Doda? Ja cieszyłbym się gdyby zrobili to chłopacy z Cool Kids Of Death.

a mi się coś wydaje, że kilka lat temu pierwszy (albo jeden z pierwszych) podobnych ruchów wykonał Perfect. I jak podaje Wikipedia:

Za odważny ten krok zespół został nagrodzony specjalną nagrodą i otrzymał statuetkę Światowego Dnia Telekomunikacji która otrzymują wyłącznie osoby i instytucje szczególnie zasłużone dla polskiej teleinformatyki.

normalnie „Order Orła Białego, Budowniczy PRL” ;)

Koncert Tori Amos

Koncert Tori Amos w Sali Kongresowej, Warszawa 19 czerwca 2007 r.

Tori Amos zagrała w tym tygodniu świetny koncert w warszawskiej Sali Kongresowej. Byłem, cieszyłem ucho i oko, a do tego zrobiłem kilka zdjęć. Jak znajdę chwilę czasu i odrobinę natchnienia to napiszę coś o muzyce – wiele ciekawego ostatnio (m.in. koncertowa płyta Archive, nowa płyta The White Stripes).

Dla ciekawskich i precyzyjnych – lista utworów:

  • Body & Soul
  • My Posse Can Do
  • God
  • Dragon
  • Secret Spell
  • You Can Bring Your Dog
  • Professional Widow (remix, Tori zmienia strój)
  • Big Wheel
  • Crucify
  • Caught A Lite Sneeze
  • Cornflake Girl
  • Bells for Her
  • Glory of the 80s
  • Winter (solo)
  • Baker Baker (solo)
  • Putting the Damage On
  • Black Dove (January)
  • Code Red
  • Precious Things (pierwszy bis)
  • Bouncing Off Clouds (pierwszy bis)
  • Pancake (drugi bis)
  • Hey Jupiter (drugi bis)

Małe kropki odkryły…

…drugą płytę Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach.

Trudno wchodziła. Pierwsze kilka przesłuchań to albo szum ulicy czy metra wnikający przez słuchawki, albo podejście do płyty z serii „po co tyle dźwięków, po co taki jazgot?”. To – w moim przypadku – doskonale świadczy o płycie. Teoria o tym, że im trudniej zacząć tym finalnie lepsza okazuje się płyta jeszcze mnie nie zawiodła.

A jaka jest „Lewa strona literki M”? Gitarowa, elektroniczna, psychodeliczna, jesienna i głośna. Ta płyta jest w miejscu gdzie leży Radiohead, Ścianka i ostatnia płyta Myslovitz. Tylko z tą różnicą, że Myslovitz jest dobry dla nastolatek ;) zaczynających słuchać dobrej muzyki spod znaku psychodelii tak KDZKP to mięsko dla wyrafinowanego słuchacza, który rozkoszuje się tatarem miast schabowego.

Tak cudownie jednak nie może być… „Lewa strona…” po pewnym czasie nieco mnie męczy, trudno wchodzi w całości. „8 piętro” mogło lecieć w koło ze dwa razy. Może było bardziej przebojowe? Może to kryzys drugiej płyty? Nie wiem, ale jednego jestem pewien – Kombajn trzeba obserwować i nasłuchiwać kiedy nadjedzie ponownie. Bo przejedzie przez polską (i oby też światową) muzykę i narozrabia co nie co.

Nine Inch Nails – [WITH_TEETH]

Cudne! Miażdżące! Piękne w swym brudzie.

Tak mogę określić nową płytę NIN – premiera była 2 maja, płytki słucham od jakiegoś tygodnia.
Nigdy za Nailsami nie przepadałem, byli za głośni, za bardzo jazgotliwi. Ceniłem jednak „The Perfect Drug” z „Zagubionej…” czy też kilka innych znanych utworów („Closer”, „Sin” czy „Burn” wykorzystany w „Urodzonych…” albo „Starfuckers, Inc.” z poprzedniej płyty). Ale nigdy nie przebrnąłem przez całą płytę – po prostu było to dla mnie za głośne i tyle.

No, ale „With teeth” zacząłem poznawać właściwie od słuchania na słuchawkach – zupełnie inny odbiór niż moje nędzne głośniczki przypięte do komputera. Słychać każdy dźwięk, każdy brud, każdy szczegół całej tej układanki. I właśnie za te szczegóły i ich mnogość (jak to ktoś na grupie pl.rec.muzyka.rock stwierdził – nie ma gdzie już szpilki wetknąć) cenię tę płytkę.

Momentami ściana dźwięku. Ale wcześniej coś jak nocna jazda samochodem pustą drogą przez gęsty las (znam takie miejsce – jadąc z Popielowa do Kup; kilkanaście kilometrów od Opola) . Coraz szybciej, na coraz większym gazie, chociaż tak na prawdę słychać tylko szum wiatru i silnika (mruczenie bardziej)… tak samo delikatnie jak w „Ridern on the Storm” Doorsów (mam na myśli wrażenie, a nie jakiekolwiek muzyczne porównania!). Tyle, że nagle wyrasta przed nami na owej drodze betonowy mur, w który wgniatamy się całym impetem. I za chwilę ponownie. I dalej, i szybiciej i na nowo z każdym kawałkiem.
Są też piosenki. Po prostu piosenki, a to dość nietypowe dla Reznora… takie jak np. singlowy „The Hand That Feeds” czy „Only”. Mistrzostwo świata, trzeba posłuchać.

Dzięki „With teeth” sięgnąłem po starsze płyty NIN. I nie żałuję. Już mnie uszy nie bolą.

Pink Floyd nieznany – ciąg dalszy

Dzisiaj słucham kolejnej płyty z wymienianej wczoraj serii. Tym razem są to nagrania z czasów „The Wall” – mojej ulubionej płyty wszechczasów. Chociaż… to taka prosta płyta. Banalna muzycznie właściwie, jeśli porównać ją z „Ummagummą” czy „Saucerful Of Secrets”. Ale ja ją lubię, wręcz ubóstwiam.

I wiem z czego to się bierze, tak na prawdę. Kiedy słuchałem jej pierwszy raz chyba mnie znudziła (to było lata temu, jeszcze pewnie w liceum) – to w końcu dwa krążki; masa czasu! ;) Potem długo nic – no płytka jak płytka, była sobie gdzieś i tyle. Oczywiście znałem „Another brick in the wall, part 2”, nieco mniej konarzyłem „Comfortably Numb”.
Aż pewnego dnia się przekonałem. I bardziej, i bardziej. Potem przeczytałem wreszcie teksty (po polsku) – to było moje życie! Jak miałem jej nie pokochać, skoro to o mnie? Też miałem „little black book with my poems in”, też miałem czasem „One of my turns”. Zobaczyłem film Alana Parkera po kilku latach… Zachwycił mnie. Muzykę i piosenki znałem już na pamięć, więc oglądając mogłem sobie śpiewać pod nosem.

Jakiś czas potem rozstałem się z Moniką. Jej ten film nie pociągał, a album – no kolejny album. Nie podzielała mojego entuzjazmu i moich emocji. Ale kiedy się z nią rozstałem jeszcze bardziej utożsamiłem się z filmem, a co za tym idzie – z muzyką. Od tamtej pory do „One of my turns” doszło kilka sąsiednich nagrań. I tak w tym momencie (niezmiennie od kilku lat) najbardziej fascynuje mnie „druga strona pierwszego krążka” (eh… zdobyć kiedyś „The Wall” na czarnej płycie; no – ale wpierw jakiś sprzęt odtwarzający winyle)

Po co to wszystko teraz? Chyba dlatego, że nachodzi mnie czas samotności. Czucia tej samotności, bo samotny jestem od kilku(nastu?) miesięcy. Czasem czuję to mocniej, czasem o tym zapominam. Od 2-3 dni zaczęło mi to przeszkadzać… a zbieg okoliczności sprawił, że słucham piosenek z płyty o samotności właśnie.

„Niech mnie ktoś przytuli!” ;-)