Bar mleczny „Smok”

Do lady podszedł młody chłopak, mający może dwadzieścia jeden czy dwadzieścia dwa lata. Zamówił standardowe „ruskie” za dwa sześćdziesiąt i usiadł przy stoliku na wprost jednego z okien, w środku sporej sali.

Był środek kwietnia i drzewa krzyczały już całkiem głośno swą zielenią, podobnie trawa. Na straganach i w kwiaciarniach świeże wiosenne kwiaty przestały być czymś nowym. Wiosna rozkwitła w pełni. Jednak tamtego dnia niebo zaciągnięte było ciemnymi chmurami zwiastującymi duży deszcz. Przydałby się ten deszcz. Powietrze w mieście pachniało kurzem, było duszne i przytłaczające. Deszcz oczyściłby je i nadał świeżości, takiej jakiej oczekuje się od wiosny.

Chłopak miał na sobie letnią kurtkę, a przy jego krześle stał duży napakowany plecak. Był najwidoczniej w środku podróży. Akurat miał godzinną przerwę pełną oczekiwania na kolejny pociąg, postanowił więc coś zjeść w dworcowym barze mlecznym. Pierogi były typowe dla tego typu baru – trochę rozgotowane, bez określonego smaku. Przypominały jednak coś i napełniały jego głowę wspomnieniami. Jakieś dwa lata wcześniej, w maju, jedli też pierogi zanim Marta wsiadła do pociągu i odjechała do domu. Minęły dwa lata, ale ciągle miał w pamięci tamte dwa dni z kobietą spotkaną jedyny raz w życiu. Dwa dni pełne czaru, wzajemnego zwodzenia się i flirtu oraz zwiedzania miasta w piękną majową pogodę.

Wspominał to wszystko teraz. Patrząc w okno na przejeżdżające autobusy miejskie, tramwaje, tłum ludzi przemieszczających się z prawa na lewo i z powrotem zamyślił się. Uśmiechając się co chwilę wspominał ten długi i bardzo daleki spacer nad rzeką i Starym Miastem. Te wielogodzinne szczere rozmowy o swych młodzieńczych problemach. Wspomnienia wprawiły go w przyjemny nastrój, rozleniwiły i pozwoliły przenieść się do tych minionych dni.

[ad#postad]Poznał ją przez przypadek. Mieszkał wówczas kilka tygodni u kolegi i pod koniec tygodnia miał wracać do domu. Skończyły się pieniądze, ledwo starczało na jedzenie i bilet. Marta była przyjaciółką kolegi i przyjechała na kilka dni aby zwiedzić miasto oraz załatwić swoje sprawy. Dwie noce spędzili więc w trójkę w jednym mieszkaniu. Od początku wpadła mu w oko. Wszystko iż do złudzenia przypominała Baśkę. Tę Baśkę, która pogruchotała mu serce i tę samą, którą wciąż kochał choć było to… sam nie pamięta ile lat temu. Dużo. Obie były podobne, nie tyle fizycznie co ze sposobu mówienia, bycia i charakteru. To podobieństwo natychmiast pozwoliło mu zapanować nad sytuacją. Baśkę w ciągu kilku lat zdążył poznać dogłębnie, choć przez całą ich znajomość jedynie rozmawiali. Nigdy jej nie pocałował, raz tylko objął ramieniem, co było bardziej wyrazem przyjaźni niż miłości. Te wielkiej miłości… Jedynej zresztą w jego krótkim aczkolwiek burzliwym życiu. Mógł więc bawić się Martą jak tylko zechciał, wiedział co powie i wiedział także gdzie nacisnąć, aby zadziałało w oczekiwany sposób. Była jednak bardzo podobna do Basi. Tak samo zaskakująca, żywa i nieprzewidywalna pomimo jego wiedzy i wyuczonego sposobu postępowania z tym typem kobiet. Zapewne tym go oczarowała.

Oczarowała tak mocno, że następnego dnia po jej przyjeździe wybrali się na spacer. Spędził już w mieście kilka miesięcy wcześniej więc znał je dość dobrze. Potrafił czarować, potrafił mówić i opowiadać pokazując ciekawostki nie opisane w przewodnikach. Przede wszystkim potrafił z nią postępować i Bartek, ich wspólny znajomy, niejako zezwolił im na wspólny spacer. Poszli więc. To było coś niesamowitego! Wiedział, że potrafi takim być ale nigdy nie miał okazji tego sprawdzić czy też wykorzystać. Baśka nie dawała się zwodzić, unikała flirtu. Marta wręcz przeciwnie! Czarowali się więc wzajemnie, powietrze pełne było erotyki i niedopowiedzeń, a miasto – widziane przez niego setki razy – zachwycało jak nigdy wcześniej, choć kochał je od lat. Jej również się podobało. Nawet bardzo. Wracając do domu ciągle o nim myślała, wracała do miejsc sprzed kilkudziesięciu godzin, do jego słów i czaru. Żałowała też, że nie doszło do niczego więcej. Owszem, rozmawiało się im cudownie. Oboje od zawsze czuli potrzebę spotkania kogoś obcego i wyrzucenia z siebie całego życia. Taka osoba-widmo, opowiedzieć o sobie i nie spotkać tego kogoś już nigdy. Rzuconą ślepo przez los okazję wykorzystali prawie całkowicie.

Patrząc z zamyśleniem żałował tylko jednego. Żałował, że nie pocałował jej tamtego dnia. Nawet nie dotknął Marty. Mimo iż miał całkowicie inny stosunek do niej niż do Baśki nie zebrał się na ten gest. A mógł mieć ją całą, właśnie wtedy. Byłaby to przygoda nie tylko duchowa. Mógł spędzić z nią noc, nic przecież nie stało na przeszkodzie. Oboje tego chcieli, oboje dawali to sobie dość jasno do zrozumienia i jednocześnie żadne z nich nie uczyniło tego pierwszego kroku, tego najtrudniejszego. Jej nie pozwalała kobiecość. Została tak wychowana, nie chciała się narzucać, zresztą była związana z innym w tamtym czasie. Jemu nie pozwalała odwaga. Właściwie to jej brak… tak samo jak z Baśką. Ją też mógł mieć, gdy byli razem. Jednak nie miał nigdy aż takiej śmiałości do kobiet. Był zawsze zamknięty w sobie, zawsze bał się swoich czynów i pomysłów. Z reguły później żałował że czegoś tam nie zrobił. Tak jak teraz, kiedy żałował magicznych dni sprzed dwóch lat. Żałował tego, że pozostały jedynie wspomnienia – oczu, zatartej już w pamięci twarzy i przede wszystkim wzajemnego oczarowywania się upalnym wiosennym popołudniem. Żałował, że nie poczynił nic co mogłoby jakoś utrwali ich znajomość na lata. Wydawała się ideałem, którego szukał. Może dlatego, że czuł się tak wspaniale, a może dlatego że była niczym Baśka? Ta Baśka, którą kochał i której tak bardzo brakowało mu nawet teraz? Marta była nawet lepsza, miała to czego Basi brakowało w jego oczach. Miała niepowtarzalny czar swojej osoby i emanowała takim mocnym erotyzmem, podniecała go pod każdym względem, zmuszała do wysiłku intelektualnego co tak bardzo pociągało go u kobiet. Żałował, żałował tak bardzo… Może to była ta jedyna i przeszła tak naturalnie obok pozostawiając zacierające się wspomnienie, mocno podkolorowane z miesiąca na miesiąc?

Kiedy odjeżdżała Marta odprowadził ją na dworzec. Zjedli w tym samym barze, w którym właśnie siedział skromny obiad – pierogi. Napisała później w swoim pamiętniku, że nigdy nie jadła tak romantycznie pachnących ruskich pierogów. Wsiadła do pociągu i przestali oboje przy oknie ostatnie dziesięć minut. Chciał krzyczeć „Nie jedź! Zostań ze mną!”, chciał jechać z nią. Zrobiłby wszystko, chociaż wiedział jak bardzo to wszystko oderwane od realności. I nie zrobił nic. Nawet nie podał jej ręki na pożegnanie. Znów stchórzył, znowu opanowała go bezsilność. Na myśl o tamtym pożegnaniu z wiecznie trwającymi sekundami przed odjazdem serce ściska mu żal i tęsknota. Od czasów Baśki jest ciągle sam. „Ile to już lat?” – pomyślał. „Ile lat śnię o tej jednej, której nigdy nie spotkam? Tej, która odjechała tamtym pociągiem…”.

Zjadł ostatniego pieroga, już zimnego. Spojrzał na zegarek – pozostał kwadrans do odjazdu. Ubrał się, nałożył ciężki plecak i wyszedł. Przy wyjściu minął starszego mężczyznę, kloszarda jakich dziesiątki spotykał podczas swych podróży po kraju. Tutaj było ich jakby więcej. Ten miał na sobie żółtą kurtkę, całą brudną i lepką. Spod rozpiętej kurtki wystawała także mocno brudna marynarka, szara w drobną kratę. Zawsze śmieszyło go to jak ubierali się ci biedni ludzie, „Skąd oni biorę te marynarki?”. Pomimo swojej sytuacji marynarki stanowiły sporą część garderoby wielu z mieszkańców dworca, przynajmniej mężczyzn.

Ten nieogolony od kilku dni, brudny na twarzy tak samo mocno jak jego kurtka wchodził właśnie do baru „Smok”. Udał mu się wyłudzić od rana kilka złotych, starczy na jakąś suchą bułkę i żurek. O to też poprosił kobietę za ladą. Usiadł w rogu sali sprawiając wrażenie zagubionego i wstydzącego się swego wyglądu, brudu i zapachu ciała nie mytego od wielu dni. Zdjął z głowy czapkę, która niegdyś zapewne była czerwona, zakasał rękawy i zaczął jeść. „Wreszcie coś cieplejszego” pomyślał łapczywie zgarniając zupę z talerza. Kiedy człowiek mieszka w mieście, sypia na peronie lub w przejściu podziemnym nawet szklanka gorącej herbaty jest ratunkiem dla żołądka i rozkoszą dla podniebienia. Ale kogo z dworcowych ludzi stać na herbatę? Ze te same pieniądze mogą w „Smoku” czy innym podobnym barze zjeść żurek albo krupnik czy nawet podwójną porcję naleśników, jeśli uda się wyżebrać kilkadziesiąt groszy więcej. Wyżebrać albo ukraść, czasem znaleźć dwa złote…

Pomyśleć, że kiedyś co dziennie jadł obiad złożony z dwóch dań. W każdą niedzielę był rosół z makaronem i schabowy albo kawałek kurczaka. Z żoną i trzyletnią córką nie żyli może na wysokim poziomie, nie było ich na wiele stać, jednak obiady żony zawsze były syte, a dzieciak nie chodził też głodny ani nagi. Na nadmiar nie mogli narzekać, nadmiar niczego, ale źle im się nie wiodło. Nie mieli kolorowego telewizora, nie chodzili do kina, w domu było zimno przy większych mrozach, ale nijak nie mogło się to równać z nocami na klatce kamienicy w Śródmieściu czy w przejściu podziemnym. Dawniej nie przelewało mu się, ale był mimo to zadowolony.

Kiedy jednak zwolnili część załogi z huty, w tym jego, podupadł całkowicie. Pracował w hucie ze dwadzieścia lat – od końca szkoły, tuż po wojsku. Praca nie była wcale lekka, ale za to dawała jakiś grosz. Żona dorywczo sprzątała u różnych obcych ludzi dopóki nie urodziła dziecka, potem ktoś musiał się zająć małą Anią. Stracił pracę, załamał się, zaczął więcej pić. Kiedy pracował też czasem pił, wiadomo jak to z kolegami po pracy czasem bywa. Zdarzyło mu się przyjść do domu pijanym, zdarzały się też awantury. Kilka razy nawet ją uderzył. Po zwolnieniach w hucie zdarzało się to częściej, musiał utopić swe smutki i żale. Bicie żony rozładowywało jego nerwy, wzmagało jednak wzajemne urazy. Ich miłość już dawno wygasła, byli razem tylko ze względu na Anię i ze względów ekonomicznych – co dwie pensje to nie jedna.

Pewnego dnia nie wytrzymała. Pił wtedy tydzień z rzędu, dwa razy nie wrócił na noc. Kiedy wreszcie wrócił grubo po północy i znów ją uderzył coś pękło. Wyrzuciła go z domu. Kazała wynosić się i nigdy nie wracać. Znowu ją uderzył, mała płakała, oboje nie przebierali w słowach. Ale wyniósł się. Chciał potem dwukrotnie wrócić. Raz był pijany i sytuacja powtórzyła się. Żona powiedziała, że dopóki nie znajdzie roboty i nie przestanie pić ma się w domu nie pokazywać. Cóż mu więc pozostało? Pił jeszcze później przez kilka dni, głównie z rozpaczy, ale pieniądze skończyły się całkowicie, zresztą inni kloszardzi okradli go i mocno pobili. Ludzie na ulicy nie chcieli nic dać, odwracali twarze, przechodzili na drugą stronę jakby uciekając od samotnego, posiniaczonego i nieogolonego mężczyzny. Trwało to kilka tygodni, całą zimę. Przez ten czas przyzwyczaił się do takiego sposobu życia. Nauczył się spać na zimnej posadzce na dworcu, nauczył się kraść drobne rzeczy jak bułki czy owoce ze straganów. Stracił też resztki swej godności i zaczął zwyczajnie żebrać na chleb. Nie było to łatwe i dochodowe jak praca, ale te kilka złotych dziennie był w stanie uzbierać. Ludzie, o ile coś dawali, dawali po 10 czy 20 groszy, często przepędzali i przeklinali. Czasem ktoś równie biedny poczęstował bułką sprzed kilku dni.

Radził sobie. Zapomniał o pracy, nie miał na żadną szans. Przecież nie mógł iść i o jakąkolwiek prosić będąc takim brudnym. Zresztą niewiele potrafił – w hucie dorzucał tylko do pieca… Nie zapomniał jedynie o żonie i córce. Tę ostatnią bardzo ciągle kochał i tęsknił za nią. Mniejsza o żonę, i tak nigdy nie byli razem szczęśliwi, ale Ania to coś zupełnie innego. Nie widział jej od kiedy nie był w domu, a i wówczas był pijany. Późnej przestał pić; zrozumiał jak bardzo wódka i tanie wina owocowe zniszczyły jego życia i zdrowie. Nie było zresztą na to pieniędzy, wiedział że lepiej te trzy osiemdziesiąt przeznaczyć na obiad w jakimś tanim barze mlecznym i mieć spokój z uczuciem głodu na cały dzień. Czuł się tak zepsutym i zniszczonym człowiekiem, żałował tych dni kiedy żył jedynie wódką. Najbardziej jednak żal mu było Ani i tego, że nie jest wstanie nic zrobić aby wrócić do małej i jej matki. Przerażała go myśl o tym że może nie przeżyć następnej zimy i to, że sam był już tak mocno zmęczony dworcem, żebraniem i ogólnie życiem biedaka. Nie miał nikogo. Nikogo, kto podałby rękę czy chociaż powiedział ciepłe słowo. Ciepły był jedynie żurek w barze „Smok” przy dworcu…

Skończył jeść. Wytarł talerz resztką bułki, tak jak to robią starzy ludzie na wsi szanujący każdy okruch chleba i każdą odrobinę jedzenia. Złożył łyżkę na talerzu, założył brudną czapkę, poprawił ubranie i wstał. Odniósł talerz do bufetu po czym wyszedł. Czas był już najwyższy aby zacząć rozglądać się za pieniądzem na kolejny dzień, na kolejny posiłek. I za miejscem do spania, byleby cieplejszym bo pogoda popsuła się jeszcze bardziej i nic nie wskazywało na jej poprawę. Chmury zaciągnęły nad miasto i złowrogo zwiastowały ulewną noc, może nawet pierwszą burzę w tym roku?

Bufetowa niemal automatycznie sprzątnęła talerz, robiła to latami i przestała już dawno przywiązywać do tej czynności najmniejszą uwagę. Od dekady w tym samym barze, na tym samym stanowisku. Przestali ją obchodzić ludzie, chociaż praca w lokalu dawała możliwość zobaczenia właściwie wszystkich typów. Począwszy od typów urody i brzydoty do typów zachowań i charakterów. Jej jednak to nie interesowało. Pracowała niczym maszyna, po kilka godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, każdego tygodnia w roku. Jedynym plusem tej roboty były obiady, których nie musiała gotować w domu i drobny pieniądz z pensji. Mąż też coś przynosił, a w sumie starczało to na utrzymanie domu i dwójki z trojga dzieci, bo najstarsza córka wyszła za mąż rok temu. Wyszła szczęśliwie za mąż – miała pieniądze, dobrą pracę. Matka nie mogła pojąć kiedy mówiła, że jest nieszczęśliwa, że czuje się samotna. Młoda narzekała na to, że mąż całe dnie spędza w pracy, wieczorami wraca późno, a nocą szybko zasypia i na nic nie ma sił. Dlatego nie mieli jeszcze dzieci, choć miałyby wspaniale w dużym domu gdzie niczego nie brakowało. Stara nie potrafiła zrozumieć: „Jak to, masz męża, dom, pieniądze i jeszcze Ci źle?” – pytała. „My nie mamy nawet połowy tego wszystkiego i jakoś żyjemy, nie narzekamy…”. Ale bufetowa też nie mogła powiedzieć, żeby była zadowolona ze swego życia. Po pracy przychodziła zawsze zmęczona do domu, a tam jeszcze trzeba uprać dzieciom i mężowi, zadbać o nich wszystkich i cały dom.

Kiedy była młoda marzyła o przyszłym domu pełnym dzieci i przepychu. Chciała chodzić na przyjęcia, do teatru i kina, robić duże zakupy. Mieć kochającego męża, lekką pracę i po prostu być szczęśliwym. Tak jak każdy, chciała żyć i móc cieszyć się z życia. Jednak po śmierci matki wszystko jakoś tak samo poszarzało, aż wreszcie zwiędło całkiem i umarło. Załamała się, wyszła z konieczności za Stacha. Życie potoczyło im się w zupełnie inną stronę. Najpierw gnieździli się troje, z pierwszą córką, w jego kawalerce, później znaleźli coś większego. Kiedy Kaśka miała sześć lat urodziło się następne dziecko – chłopak. Staszek był szczęśliwy że miał syna. Kochał za to swoją żonę, ona też go kochała ale raczej z przyzwyczajenia i obowiązku niż z serca. Pchali więc swój wózek dalej, bez przyjęć i kina czy teatru. Bez większych zakupów, mieszkając w sypiącej się kamienicy z dala od centrum. Nie było lekko, a kiedy zaszły owe „głębokie zmiany polityczne w kraju”, jak pisali w gazetach, ona straciła pracę i przyjęto ją do baru „Smok” przy dworcu.

Tylko co z tego? W domu nie potrafiła rozmawiać ze Stachem o swoich problemach i pragnieniach, zresztą nie było na to nigdy czasu; oboje byli całymi dniami zajęci pracą. Koleżanki z baru też do tego się nie nadawały, ich jedyne tematy to wieczne narzekania na pogodę, polityków czy przychodzących nad ranem pijanych mężów. Ona nie miała tego problemu – Stasiek był porządnym chłopem, pracował sumiennie w warsztacie i nie lubił wódki. Nawet jak urodził mu się jedyny syn nie upił się bardzo. Bufetowa nie miała swojego miejsca na świecie. Co prawda rzadko myślała o tym, że nie ma komu się wyżalić od śmierci matki – nie miała nato czasu. Czasem jednak brakowało ciepłego słowa, czasem tęskniła do marzeń młodości i do matki. Może gdyby żyła jej losy potoczyłyby się inaczej? Mama potrafiła ją pocieszyć, podtrzymać na duchu i sprawić, żeby poczuła się lepszą. Kiedy jej zabrakło, zabrakło też tego poczucia i pewności siebie, a życie popłynęło niczym brud ulicy spłukany przez ulewę do miejskich kanałów. Ślepy los każdego człowieka gdzieś rzuca, ją rzuciła do baru mlecznego, pomiędzy ruskie, żurek i naleśniki. Dodatkowo obciążył domem i dziećmi. Nie tak sobie to wymarzyła… Zrobiło się późno, na sali zostały trzy może cztery osoby. Czas pościerać stoły i ladę, zamknąć kasę i w ogóle bar. Minął kolejny dzień pracy. Bufetowa i trzy koleżanki takie jak ona spędzą tutaj jeszcze pół godziny po zamknięciu, jak zwykle sprzątając. Potem wsiądzie do tramwaju pełnego ludzi wracających do domów; ludzi mniej lub bardziej zmęczonych codziennością; ludzi na których czekają w domu głodne rodziny, czasem stęsknione. Po drodze zrobi zakupy: to co zawsze czyli chleb i mleko. Odgrzeje w domu obiad przyniesiony z baru. Później do ciemnej nocy będzie prasować koszule męża i rzeczy dzieciaków „na jutro do szkoły”. Pewnie znowu położy się po północy, tylko po to, aby wstać przed piątą, bo na szóstą musi być w pracy.

Młodemu studentowi pozostało kilka godzin w pociągu, przed północą będzie na miejscu. Kloszard znajdzie pewnie w tym czasie jakieś spokojniejsze miejsce, o ile nikt nie pobije go wcześniej. Córka bufetowej zaśnie samotnie, jak co dzień, czekając na powrót męża z pracy.

Miasto zgaśnie ze wszystkimi jego szarymi ulicami, brudem i samotnymi mieszkańcami. Zgaśnie na kilka godzin, aby zbudzić się o świcie i pognać tym samym torem w przyszłość. Jak każdego kolejnego dnia.
8.IV.1999

Dodaj komentarz