Jan Kowalski, murarz

(W podzięce za natchnienie – Monice, jednej z najważniejszych osób mojego życia)

I

Jan Kowalski urodził się, ale nie miał nigdy rodziców. Miał co prawda ojca i matkę, ale stosunki z rodziną zerwał kilka lat wcześniej. Matka zmarła gdy miał sześć lat.

Urodził się i mieszkał w małym miasteczku. W miasteczku, gdzie ukończył szkołę podstawową i zawodową, która wykształciła go na pospolitego murarza. Domem po śmierci matki, zmarłej przy porodzie najmłodszego z czwórki braci, opiekował się ojciec. Z czasem jednak ojciec załamał się takim życiem: zaczął pić, pracował mało, a pieniądze które przynosił do domu starczały ledwo na jedzenie i opłaty. Oczywiście na wódkę zawsze coś potrafił znaleźć… Dwaj starsi bracia Janka wyjechali w poszukiwaniu własnego życia i rodzin. W ten sposób Janek został głową domu.
Tak było przez całą szkołę zawodową. Cały czas Janek pracował razem z ojcem na budowach, żeby było za co żyć. O ile oczywiście ojciec w ogóle pracował. Budowy były dla Janka koniecznością – absolutnie nie interesowało go stawianie domów dla obcych, bogatych ludzi. Jego myśli uciekały w zupełnie innym kierunku. Tęsknił za matką, której nie zdążył dobrze poznać; tęsknił za czymś głębszym, za tym co siedzi w człowieku, co sprawia że życie pcha go naprzód, że w ogóle żyje. Czytał dużo, dużo słuchał i obserwował świat zza okna i zza płotów ogradzających tereny kolejnych budów. Chciał jeszcze więcej czytać, więcej oglądać i poznawać. Chciał zostać pisarzem albo w jakikolwiek inny sposób pokazywać ludziom życie: dramaty, codzienność i wszystkie najdrobniejsze chwile szczęścia.
Niestety nauka przychodziła z wielkim trudem, a sytuacja w domu nie pozwalała na ślęczenie nad książkami. Dlatego kiedy ukończył podstawówkę musiał iść do szkoły zawodowej – ze względu na trudności w przyswajaniu wiedzy, jak i dlatego, żeby jak najszybciej zacząć pracę i pomagać ojcu w utrzymaniu domu. Po śmierci matki pięciu mężczyzn ledwo wiązało koniec z końcem, chociaż nigdy nie byli obdarci ani głodni.

W szkole Janek nie miał bratniej duszy. Nie miał nikogo, przez całe swoje życie. Owszem – spotykał się z rówieśnikami, czasem nawet dał się namówić na tanie wino wypijane w parku lub bramie. Wiedział jednak, że to nie jest życie dla niego, że nikt w rodzinnej mieścinie nie potrafi go zrozumieć, że niechybnie tutaj zginie. Po pierwszej klasie budowlanki zamknął się w sobie, a ojciec coraz częściej sięgał dna butelki, do której już właściwie cały wpadł. Chłopak w domu prawie wyłącznie milczał, wciąż czytał książki pożyczane ze skromnej biblioteki miejskiej, znikał popołudniami aby pobyć choć trochę samemu wałęsając się po mieście czy po prostu siedząc na ławce i obserwując innych. Snuł o nich historyjki. Wtedy postanowił, że wyjedzie – tak jak dwaj starsi bracia – zapomni o tym miejscu. Musiał zacząć własne życie, zacząć robić to czego pragnie… Własnymi siłami i ciężko pracując.

Po ukończeniu szkoły stanął przed komisją wojskową. Z powodu tragicznego wypadku powołanego rok wcześniej żołnierza zmieniła się komisja, a to pociągnęło za sobą gruntowne badania lekarskie. Po przebadaniu poborowego Kowalskiego komisja orzekła: platfus. Werdykt potwierdzono wpisem do książeczki wojskowej: kategoria „D”, niezdolny do służby wojskowej. Niecodzienna dolegliwość Janka w niczym nie przeszkadzała w normalnym życiu, a jednocześnie przyspieszyła dzień opuszczenia domu rodzinnego. Domu, który był już całkowicie obcy. Domu, który nigdy domem nie był, który nigdy nie dał chłopakowi zrozumienia, a tym bardziej miłości.

II

Młody Kowalski spakował w niedużą torbę kilka ubrań i ruszył w świat. Wsiadł na swej rodzinnej stacji kolejowej w najbliższy dalekobieżny pociąg i rankiem następnego dnia wylądował na drugim końcu kraju, w dużym mieście. Ucieszył się, choć nie zdawał sobie sprawy jak trudno będzie mu żyć na własną rękę.
Pierwszym zmartwieniem okazał się nocleg. Trzy dni rozglądał się po mieście, starał się je poznać i zwiedzić choć trochę, aby lepiej orientować się w jego topologii. Dwie noce przespał na dworcu kolejowym. Na trzecią poszedł do przytułku dla bezdomnych. Nie poprosił o zwykły nocleg – od razu zapytał czy nie użyczono by mu wiktu i łóżka w zamian za pracę dla ośrodka. Szczęśliwym trafem potrzebowano kogoś do sprzątania i tak Janek znalazł lokum oraz zajęcie na kilka najbliższych miesięcy.

[ad#postad]Minęło kilka miesięcy, nastała zima. W dzień Wigilii Bożego Narodzenia kierownictwo przytułku zrobiło Jankowi prezent. Zaproponowano, aby wynajął zajmowany pokój. Wcześniej mieszkał i jadł za darmo; za pracę na rzecz ośrodka. Teraz miałby podjąć pracę na cały etat, z pełnym – choć skromnym – wynagrodzeniem. Jednak część wynagrodzenia musiał oddać za pokój. Oczywiście mógł poszukać innego miejsca do mieszkania, ale na razie nie potrzebował tego. W przytulisku było dobrze: było ciepło, była bieżąca woda, nawet ciepła przez kilka godzin popołudnia. Miał swoją wyleżaną pryczę z dwoma kocami, miał pod głowę siennik, krzesło, szafkę. Miał też skromny stolik z nierównymi nogami i podłożonym pod jedną z nich złożonym szarym papierem. Wszystko to mieściło się w malutkim zamykanym na klucz pokoju, bez okna, z wiszącą u sufitu gołą żarówką. Jan Kowalski był szczęśliwym człowiekiem. Miał dwadzieścia lat, życie stało przed nim otworem – i co najważniejsze dla niego – był w pełni niezależny i samodzielny.
Wreszcie mógł pisać, mógł spełniać swoje marzenia. Kupił więc potężny brulion, tanie wieczne pióro i butlę granatowego atramentu. Miał wszystko czego potrzeba pisarzowi: lokum, papier, atrament. Nie wiedział jednak o czym pisać… Każdego dnia pisał kilka słów, czasem stronę. Opisywał ludzi z ośrodka, opisywał drzewa za oknem, pisał o swoich pragnieniach. Na ostatniej stronie zrobił listę książek o których słyszał. Lista ta była celem, jaki sobie postawił – przeczytać wszystkie te książki. Chciał uczyć się od najlepszych, od mistrzów literatury…

W marcu przyszła wiosna. Początkowo kulawa, prósząca jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, zacinająca deszczem, wiejąca silnym wiatrem. Stare, zabrane jeszcze z domu ubrania z wolna ulegały zniszczeniu: swetry pruły się, spodnie przecierały, podobnie koszule. Janek miał wystarczająco pieniędzy na zapłatę za pokój i coś do jedzenia, jednak na nowy sweter czy spodnie już nie starczało. Nawet odkładane przez kilka miesięcy drobniaki nie pomogły – ciągle było ich za mało. Życie zmusiło go do poszukania lepiej opłacanego zajęcia. Załapał się na budowie nowego osiedla na obrzeżach miasta.
Stawiał prężnie domy z wielkiej płyty. Krzywe, koślawe, wybrakowane. Nienawidził tej roboty. Niby skończył odpowiednią szkołę, niby był sumiennym pracownikiem, ale nienawidził. Nie potrafił być obojętnym wobec fuszerki innych, wobec krzywych ścian, krzywych drzwi oraz krzywych okien. Cierpiał katusze sumienia, starał się jak mógł, aby bloki z płyty nadawały się do zamieszkania, ale nie sposób było zmienić materii przywiezionej z fabryki domów. Zastanawiał się czy też te fabryki specjalnie, umyślnie i z premedytacją robią krzywe ściany? Czy robią je specjalnie jemu na złość? Nienawidził; nienawidził z całego serca.
Oddechem od budowania kolejnych, identycznych, identycznie krzywych i koślawych osiedli dla robotników było pisanie. Pisanie, które nie przychodziło łatwo. Nie wiedział jak dobierać słowa, nie wiedział jak wymyślać historyjki, nie potrafił zapisać więcej niż stronę, może dwie. Cierpiał w pracy, cierpiał w domu…. Cierpiał cały sezon, aż nastała jesień. Znowu wiatr zacinał deszczem, znowu miasto ukazało swoje posępne oblicze.

W zimie skończył dwadzieścia jeden lat. Urodziny obchodził samotnie. Nikogo nie było w przytułku, nikt nie pamiętał o Janku. Z rodzinnej mieścinki nie nadeszła najskromniejsza depesza. Wieczór spędził w ciszy, trzymając w rękach cynowy garnuszek z gorzką herbatą, płacząc nad swoim losem, nad bezradnością wobec papieru, granatowego atramentu i taniego pióra wiecznego. I wobec koślawych ścian w wybudowanych przez cały sezon osiedlach.

Prawie zakochał się następnego dnia. Może raczej „miał okazję się zakochać”. Jechał w tramwaju, w siódemce; jakaś dziewczyna stała obok niego… Wszystko odbyło się bez czarowania, bez słodkich uśmieszków i temu podobnych elementów, tak charakterystycznych w takich chwilach. Stał po prostu obok, kilka razy spojrzeli sobie w oczy. Ładna dziewczyna, z bardzo intrygującymi oczyma, trochę smutnymi… może tylko zmęczonymi? Oboje jechali do końca, do pętli tramwajowej. Janek starał się z całych sił przełamać swoją nieśmiałość, mówił sobie: „za chwilę ją zaczepię, ale nie teraz, kiedy pełno ludzi w tramwaju”. Na końcowym przystanku poszedł w prawo, ona w lewo. A wystarczyło tylko powiedzieć, żeby się uśmiechnęła, że taka ładna buzia musi być uśmiechnięta… Może poprawić jej delikatnie, ale z premedytacją włosy – założyć kosmyk za ucho, bo trochę to drażniło…
Jednak Kowalski tak nie potrafił. Owszem, wiedział intuicyjnie co i jak należy, co i jak zadziała, ale nie umiał się przełamać, żeby chociaż powiedzieć „ładnie wyglądasz” nieznajomej.

III

Z nadejściem wiosny ponownie zaczął pracę na budowach wielkich osiedli. Lubił czy nie lubił – pracował, budował, musiał i nadal nienawidził. Budował domy dla robotników, dla nauczycieli, dla inżynierów, dla profesorów, lekarzy i prawników. Dla tych wszystkich ludzi, tylko nie dla siebie. Wiedział, że nie będzie go prędko stać na zamieszkanie w nowym bloku. Nawet nie w nowym, nawet nie w dużym – w jakimkolwiek, byleby własnym. Ale na własne mieszkanie w żadnym bloku go nie będzie stać. A chciał tego bardzo. Prawie obsesją stało się marzenie o rodzinie, dzieciach i takim prawdziwym domu – nie ważne w jak wielkim czy jak małym, ważne aby przytulnym i pełnym miłości. Tylko skąd na to wziąć pieniądze? I gdzie znaleźć kobietę godną zaufania, miłości i opieki? Właściwie jakąkolwiek kobietę, aby tylko zechciała z nim spędzić życie, opiekować się nim, domem… Kowalski niewiele potrzebował do życia, równie mało potrzebował do szczęścia. Jednak widocznie było to i tak za dużo.

Późną wiosną odszedł z przytułku. Zmienił miejsce zamieszkania – wynajął malutkie mieszkanko, właściwie tylko pokój z kuchnią i łazienką wspólną dla wszystkich na piętrze. Było to lokum w starej ruinie przy torach kolejowych z jeżdżącymi w dzień pociągami osobowymi i pospiesznymi, a nocą – towarowymi. Budynek stał przy ulicy o bardzo typowej nazwie: Dworcowej, Towarowej, Bocznej, Przy Torze czy dowolnej innej. Zresztą wyglądał dokładnie tak, jak można to sobie wyobrazić: miał może z trzydzieści lat, dach pokryty przeciekającą papą, obity tynk na ścianach, kilka wybitych okien w niezamieszkanych pomieszczeniach. Gdzieś pomiędzy kilkoma identycznymi budynkami prowadziły wiecznie brudne – zabłocone lub zakurzone, zależnie od pogody – uliczki. Gdzieś były resztki piaskownicy, w której od lat nie bawiły się dzieci, obok zdewastowane huśtawki, dwie połamane ławki. Kowalski zwiedzając pierwszy raz okolicę swego nowego domu myślał o budowanych przez siebie i kolegów z pracy osiedlach. Myślał o tym, że kiedyś i te osiedla będą wyglądały podobnie, chociaż w planach było pełno zieleni, miejsc do parkowania samochodów, place zabaw dla dzieci… Jedyna istotna różnica to tory. Tutaj były, na nowych osiedlach nie.
W pokoju miał podobnie jak poprzednio: drewniany stolik, stare łóżko, jedno krzesło i trochę skrzynek, które przytargał z budowy. Skrzynki posłużyły za półki – trzymał w nich kilka książek, które nabył od czasu wyjazdu z rodzinnego miasteczka. Na książki kupowane w antykwariatach miał zawsze pieniądze – tak samo jak ojciec na wódkę.

Wciąż chciał pomagać ludziom, dawać im swoją miłość, siebie. Chociażby dlatego, żeby nie być samotnym. Z przytułku przeniósł się do domu starców. Tam poznał wiele ciekawych osób, ale przede wszystkim pana Henryka. Człowiek ten miał już prawie osiemdziesiąt lat, był bezdzietnym wdowcem. Wybrał dom spokojnej starości rezygnując z własnego mieszkania. Twierdził, że tak będzie dla niego lepiej i wygodniej. Czuł się zmęczony i bał się choroby, która uniemożliwiłaby samodzielne życie. Wolał zdać się na pomoc innych ludzi, odpowiednio do tego przeszkolonych.
Janek od początku wpadł w oko Henrykowi. Starszy pan zobaczył w nim coś więcej niż tylko pomocnika czy salowego. Widział, że ten młody chłopak ma spory potencjał, wiele chęci do działania i życia. Widział w nim uczciwość i prostotę, przypominał mu siebie samego za młodu. Trzeba było tylko kilku szturchańców, żeby pokierować myśli młodego w odpowiednim kierunku.
Poznali się bliżej, zostali właściwie kolegami, przyjaciółmi. Z czasem Henryk nauczył Kowalskiego grać w szachy, oddał mu swoje stare płyty i adapter do ich odtwarzania. Twierdził, że jemu już wkrótce nic nie będzie potrzebne, a Janek na pewno doceni muzykę płynącą z czarnych winylowych krążków. Henryk nie pomylił się, rzadko się mylił. Janek polubił tę muzykę, zakochał się w niej po same uszy. Było to kilka płyt z klasyką: Mozartem, Czajkowskim i Bethoveenem, ale także z orkierstą Glena Millera, nagraniami Davisa, Coltrane’a, Fitzgerald, Sinatry, Piaf i podobnymi. Dzięki tym płytom mieli o czym rozmawiać przy szachach, poznawali się pośrednio – przez opowieści o słowach i dźwiękach odkrywali podejście do świata, swoją wrażliwość.

Spotkania z panem Henrykiem były tym o czym zawsze marzył Kowalski, czymś do czego całe swoje krótkie życie tęsknił. Nigdy w domu rodzinnym nie rozmawiał na tematy związane z literaturą, nikt nie pokazał mu całego piękna muzyki, nikt nie pytał co myśli o takiej czy innej książce. Henryk był dla niego przyjacielem i mistrzem. Wprowadzał w piękno świata, opowiadał o swoich podróżach i przeżyciach, podsuwał książki, dzielił zainteresowania. Był właściwie wymarzonym ojcem.

IV

Jednak wraz z jesienią przyszły dziwne dni dla Janka. Coś niedobrego porobiło się z tym człowiekiem, coś zaprzątało jego serce i myśli. Coś, czego nie potrafił nazwać, zrozumieć a przede wszystkim wyzbyć się. Bo chciał się wyzbyć – bardzo przeszkadzało to wszystko w normalnym, codziennym życiu. A Kowalski chciał tylko spokoju. Chciał mieć kogoś bliskiego, mieć pewne lokum do mieszkania, uczciwie pracować, pisać swoje historie o ludziach i ich losach… Zawsze chciał tak niewiele i na nic z tego niewiele nie było go stać. Nie finansowo, a psychicznie. Jan Kowalski, murarz z wykształcenia, przeżywał poważny kryzys w swoim życiu. I nawet przyjaźń z panem Henrykiem w niczym mu nie pomagała. Czuł straszliwy brak, okropną pustkę. Łaził po mieście i oglądał tych wszystkich ludzi mniej lub bardziej szczęśliwych, ale w znakomitej większości chodzących z kimś. Z dziewczyną, z chłopakiem czy z koleżanką ewentualnie kolegą. Sam zapadał się w coś przerażającego. Właził jak żółw do swojej skorupy. Wiedział, że skorupa będzie z czasem tylko grubsza. Wiedział, że będzie się w niej dusił, czasem może odrobinę się wychyli… Później znowu się schowa i tak w kółko. Nie podobało mu się to, nie chciał żyć w ten sposób.

Przygnębiająca muzyka i alkohol – to wszystko wydawało się dla Janka lekarstwem na smutki, choć wiedział jakie jest niezdrowe. I jakie typowe w takiej sytuacji! Tak naprawdę potrzebował jakiejś iskry, zapałki, wręcz pochodni! Chciał pisać i miał o czym pisać, a to zdarzało się przecież tak rzadko. Jednak nie potrafił się zebrać. Stąd i z samotności brał się posępny nastrój. Młody Kowalski wracał z pracy, pił trochę alkoholu i siadał do pisania. Po chwili wszystko zaczynało drażnić: a to zeszyt za wąski, a to muzyka już osłuchana, a to hałasy za oknem, a to wódki za mało… Albo za dużo.
Jednak starał się jak mógł, pisał co serce przynosiło na pióro: „Boże! Jak mam tworzyć, skoro nie potrafię się zebrać? Czy pisarze naprawdę piszą kilka stron maszynopisu dziennie? O czym, do jasnej cholery?! Przecież tego życia nie ma aż tyle z dnia na dzień ile by można opisać na tych kilku stronach! Chyba że ich wyobraźnia jest taka bujna albo są to jedynie kartki zapisane bzdurami. Sterty kartek, z których kilka przedostaje się do książek… Może to jedynie taki trening? Pisanie o tym samym na setki sposobów, w tysiącach ujęć różniących się pojedynczymi słowami. Tylko gdzie w tym wszystkim jestem ja? Za kilka lat pewnie ciągle pijany jak ojciec, w morzu wódki, oby choć z wydanym jednym tomikiem głupich i naiwnych opowiadań albo niedokończoną książką „o życiu” w szufladzie. Do tego pewnie samotnie, bo która kobieta z takim mną wytrzyma? Zresztą – jaka kobieta, przecież żadnej nie znam…”.
W urodziny matki Janek kupił butelkę wódki. Chciał wypić ją z Henrykiem. Chciał uczcić pamięć swej rodzicielki – jedynej jego zdaniem osoby naprawdę ważnej w jego życiu. Właściwie chciał tylko wznieść toast za mamę, nie chciał pić od razu całej butelki. Ale po wypiciu skromnego toastu w pokoju Henryka wrócił do siebie, razem z otwartą flaszką. Po drodze spadło na niego jakieś przygnębienie – pewnie przez ten deszcz i szarość ulic… Na rozgrzanie, na rozżalenie i na późniejsze pocieszenie wypił kieliszek, potem następny i jeszcze jeden. Ostatecznie skończyło się wypiciem całej butelki. Upił się w samotności, urządził się na cacy. Miał świetny dzień na picie wódki, dużo wypił jak na swój organizm. O dużo za dużo… To co stało się później było totalną porażką, doskonałym obrazem tego co działo się z sercem, głową, duszą i sumieniem. Janek rozleciał się fizycznie – spędził pół nocy rzygając, wisząc stale nad kiblem, klęcząc przed nim i błagając o koniec męczarni. Potem rozpadł się psychicznie, całkowicie się załamując.
Chciał wyrzygać z siebie to wszystko co gnębiło już wówczas, i to czego jeszcze wtedy nie wiedział, że będzie kiedyś gnębiło. Pijany wódką i samotnością, samotnie pijany Kowalski czuł, że nie ma nic, nie ma do czego wracać, nie ma żadnego domu, nie ma z kim dzielić swoich smutków, nie ma komu opowiadać o swoich nielicznych radościach czy zachwytach… Zdał sobie sprawę z tego jak samotnie słucha muzyki, jak samotnie czyta wszelakie książki, także te pijackie… Wszystko to przeżywał w sobie, z nikim się nie dzieląc, nikomu nie mówiąc, nikogo nie zarażając swoim entuzjazmem. Na koniec zawlókł zgliszcza swego ciała do łóżka, gdzie dokonał swojej pijanej śmierci. W rocznicę urodzin matki.

Następnego ranka trudno było wstać. Kowalskiego bolała głowa, nie mógł nawet patrzyć na jedzenie, nadal chciał wymiotować – tym razem pragnął wyrzucić z siebie cały syf i spustoszenie jakie w jego ciele poczynił alkohol. Na szczęście tego dnia nie musiał nigdzie iść, nie pracował – była niedziela. Przełamał swoją słabość około południa. Zebrał się w sobie, co nie było wcale łatwe, wyszedł z domu aby trochę się przewietrzyć.
Na podwórzu spotkał małego chłopca. Właściwie to ani on nie spotkał chłopca, ani też chłopiec nie spotkał jego. Maluch kopał piłkę, odbijając ją o ścianę. Kopał, piłka odbijała się, on do niej podbiegał i znowu kopał… Tak za którymś kopnięciem piłka niefortunnie odbiła się od ściany i potoczyła pod nogi Janka. Chłopczyk popatrzył na Kowalskiego nieco nieufnie, ale z sympatycznym uśmiechem na twarzy i zaczął biec po piłkę.
– Czekaj, podam ci ją! – od niechcenia rzucił Janek i kopnął piłkę do małego.
– Dzięki! – odpowiedział z uśmiechem właściciel kolorowej kulki.
– Jak ci na imię? – zapytał Janek zaskakując nie tyle malucha co samego siebie. Nigdy w życiu nie zrobił czegoś takiego, nawet nie spodziewał się że zrobi!
– Kamil… A tobie?
– Janek… Pokopiemy chwilę razem? – dodał po dłuższej chwili, kiedy piłka była już u stóp Kamila.
– Jasne! – Kamil nie potrzebował więcej do szczęścia w tamtej chwili. Kopnął do Janka.
– Mieszkasz tutaj? Chodzisz do szkoły?…

Już się znali, już grali razem w piłkę. Blady i zlany zimnym potem Janek pomimo uciążliwego kaca i braku zielonego pojęcia o prawdziwej grze w piłkę ochoczo biegał za toczącą się po betonie kulą i kopał ją w stronę Kamila. Czuł się wspaniale! Tak jak nigdy dotąd. Pomyślał, że właśnie tak wygląda szczęście – on, duży facet z problemami i beztroski kilkulatek, który nawet nie wiedział co to są problemy dorosłych ludzi.
Chwilę grali, rozmawiali o piłce i szkole. Kamil był bardzo inteligentnym chłopcem, ale tak samo jak Janek samotnym. Jego młodziutka samotność nie mogła się równać z samotnością Kowalskiego – polegała tylko na braku towarzysza podwórkowych zabaw… Na koniec Kamil zapytał czy jeszcze kiedyś pograją w nogę. Ze szczerym uśmiechem i wielką ochotą Janek odpowiedział:
– Pewnie! Jak tylko się spotkamy to bardzo chętnie z tobą pokopię… Ale ja mam sporo zajęć i mało czasu, nie mogę ci obiecać na pewno…

Trochę zasmucił Kamila, ale tamten zrozumiał. Może nie dotarło to do niego – był zadowolony z tych dziesięciu minut gry. Jan nie mógł obiecać, więc nie obiecał. Zawsze cenił sobie szczerość i otwartość. Cenił u innych, pracował nad nimi u siebie.

Wieczorem szwendał się znowu po nocnych, brudnych i przytłaczających zaułkach miasta. Minął już nastrój południowego spotkania z Kamilem. Pamiętał o chłopcu, ale nie czuł już tej samej przyjemności. Teraz nastał wieczór, doskonały wieczór na upicie się na smutno. Kolejny… I straszliwa na to ochota! Janek jednak nie wypił nic, nawet piwa, nawet kieliszka jakiegokolwiek sikacza.
Wszystko przez to, że poczuł się niesamowicie samotny. Właściwie nie tyle poczuł co utwierdził się w tym, że jest samotny. Straszliwie. Nie miał nawet do kogo otworzyć gęby! Nie miał do kogo zadzwonić, nie miał do kogo napisać. Zresztą – uważał, że nie ma żadnych prawdziwych przyjaciół, więc nie miał też nikogo komu miałby prawo narzucić się ze swoimi problemami. Więc nikomu się nie narzucał… Po co komuś psuć humor? Obciążać kogoś swoimi, nieistotnymi sprawami, skoro ludzie mają tyle własnych błahostek? Jedyną bliską osobą był Henryk, ale jego nie chciał niepokoić, wstydził się przed nim swojego życia…

Zapadał się przez to wszystko. Słabnął psychicznie i fizycznie. W jakiejś gazecie przeczytał dawno temu artykuł, z którego w pamięci pozostał tylko tytuł: „Samotność – piękna kraina”, teraz przypomniał mu się ten tytuł.
– Gówno wiesz, drogi autorze, o prawdziwej samotności! – krzyczał w swym rozproszonym umyśle Janek. – Ileż można słuchać tej samej albo podobnej muzyki, zmuszać się do „niezwariowania”, ciągle siedzieć w chacie, bo tak mniej boli?!… Samotność… gorsza jest od najgorszego grzechu!

V

To była magiczna noc. Noc, kiedy zginęła Lizawietia i jej siostra; noc pełna mgły i specyficznego aromatu koszmaru. Janek postanowił odpocząć od całego świata i pospacerować po mieście. Po raz kolejny; po raz kolejny samotnie.
Chodził, podziwiał mokry bruk, odbijające się w brudnych kałużach światełka latarni ulicznych. Oglądał wystawy sklepowe, patrzył na manekiny w wytwornych sukniach i garniturach. Tęsknił za garniturem, chociaż nigdy żadnego nie miał… Tęsknił za tym poczuciem elegancji, jakie – w jego odczuciu – dawał fakt noszenia garnituru. Bardziej jednak chciał podziwiać te wytworne suknie na wybrance swego serca. Nie było żadnej kobiety w jego życiu, nie wiedział ile traci i czy tak naprawę cokolwiek traci. Samotne serce podpowiadało mu, że traci wiele, że takie przymiarki w ekskluzywnych sklepach byłyby bardzo przyjemne…

Z wolna robiło się chłodniej. Z nieba zaczął padać deszcz. Kowalski stanął na środku placu, gdzie za dnia sprzedawano warzywa, popatrzył w niebo. Popatrzył z wyrzutem, popatrzył jakby chciał Bogu powiedzieć, że ma dość tego wszystkiego, że nie zgadza się ze swym losem, z losem całego świata. Sam nie wiedział czy chce z Bogiem spierać się o słuszność Jego decyzji… Nie wiedział czy Bóg wystawia go tylko na próbę, czy Boga nie ma i to on sam – Jan Kowalski, murarz z wykształcenia, a z zamiłowania i chęci pisarz – źle kieruje swoim życiem. Gdyby był pewien istnienia jakiegoś Boga mógłby choć mieć do Niego żal; żal o swój los, swoją samotność. Czuł nieprzejednaną potrzebę bycia dla kogoś wsparciem, potrzebę kochania kogoś. I to znacznie bardziej niż potrzebę bycia kochanym.

Po twarzy zaczęły płynąć krople. Wielkie krople, przecinające policzki… To nie był tylko deszcz – Kowalski zapłakał. Zapłakał nad swoim nieudolnym i biednym życiem. Stał z twarzą skierowaną w niebo, z zamkniętymi oczyma duszącymi pod powiekami wszystkie złe myśli i uczucia. Stał tak i płakał.

Kawałek dalej stała dziewczyna. Smutna, delikatna, blondynka o okrągłej twarzy i zwyczajnym ciele. Janek patrzył w niebo, Julia patrzyła w ziemię, wlepiła swoje zapłakane oczy w brudny, mokry chodnik.
Zauważył ją. Podszedł do niej. Ten jeden jedyny raz odważył się. Było mu wszystko jedno co jej powie, co ona powie jemu. Widział, że dziewczyna płacze – chciał ją jakoś pocieszyć, chociaż sam nie był w dobrej formie. Podszedł i zapytał:
– Dlaczego płaczesz? Nie płacz… świat jest przecież zbyt piękny, żeby płakać…
– Piękny?! Sam ryczysz w środku miasta, w środku nocy i mówisz mi, że świat jest piękny?! – wręcz naskoczyła na niego.
– Płaczę… bo… bo mam powody do płakania…. Ty jesteś bardzo ładna… Ładne dziewczyny nie powinny płakać… Nie płacz, widzisz – niebo też płacze. Płacze bo Ty płaczesz. Przestań płakać, tak po prostu przestań.
– Sam przestań! Nie znasz mnie wcale, nie wiesz o mnie nic, i do tego głupio mnie pocieszasz! Gadasz jakieś bzdury! Będę płakała, bo tego chcę, bo mi źle… Będę!
– No… dobrze – bardzo powoli i z ogromnym strachem dotknął jej twarzy – dobrze, popłacz sobie, skoro musisz…

Dotknął jej twarzy, odgarnął mokre i posklejane włosy za ucho. Zakryła twarz dłońmi. Nie chciała, żeby widział jak czerwone i podkrążone ma oczy, wstydziła się. Ale nie oponowała, nie odepchnęła jego ręki… Janek instynktownie, bez zastanowienia, bez chwili na pojawienie się strachu, przyciągnął Julię do siebie i przytulił do swego mokrego od deszczu ramienia. Była od niego trochę niższa. Mieli doskonały dla siebie wzrost – jego ramię idealnie pasowało do wspierania jej głowy…

VI

Julia była młodą dziewczyną, studiowała psychologię a dodatkowo uczyła się rysunku i malarstwa. Nie była z pewnością wielką artystką, nawet na taką się nie zapowiadała, potrafiła jednak stawiać kreski i wiedziała jakim kolorem je wypełnić. Zresztą nie tylko naturalne wyczucie piękna przez nią przemawiało – sama należała do niebrzydkich, choć zwyczajnych. Ciemne blond włosy, nieznacznie przykrywające kark i uszy, wymowne szare oczy i kilka piegów na dziewczęcym nosku, który uroczo marszczyła kiedy się uśmiechała. Janek mówił o nim wtedy: „marszczysz nosek jak mały kotek”. Ten bardziej piegowaty latem od słońca nosek dawał jej twarzy specyficzną niewinność. Cała postać była średniego wzrostu, nieco przygarbiona, co w tych czasach stało się wadą całego pokolenia młodych ludzi. Pomimo całościowo skromnej figury miała mocne i szerokie ramiona oraz bardziej rozbudowaną niż inne drobne dziewczęta w jej wieku klatkę piersiową. Nawet nie sam biust – po prostu za młodu dużo pływała na kajaku i wiosłowanie miało znaczący wpływ na rozwój odpowiedzialnych za taki wysiłek partii ciała. Teraz z tym skończyła. Czasem biegała, trochę pływała latem w jeziorze, ale najczęściej spacerowała po parku z omalże nieodłącznym szkicownikiem i kilkoma ołówkami różnej twardości.
O ile posturę i twarz raczej niewiele odbiegała od rówieśniczek to charakter miała specyficzny, chociaż tak naprawdę też niezbyt szczególny, pasował do wyglądu. Była samotniczką ale potrzebowała opieki. Najlepiej mocnego męskiego ramienia, na którym można się wesprzeć, którego można się przytrzymać, ale także w które można się wypłakać. A płakała dość często. Ratowała się łzami przed nadmiarem wrażeń i uczuć. Wiedziała jak stawiać kreski, ale nie wiedziała jak radzić sobie z życiem. Szczególnie w trudniejszych jego momentach. Wtedy poddawała się wewnętrznemu drżeniu i wylewała łzy. Wiedziała, że tym niczego nie załatwi, ale była to jej obronna: lepiej popłakać niż wypowiedzieć swój ból i coś z nim uczynić. Dobrze też go przespać. Czuła na piękno, wrażliwa, delikatna i krucha w środku potrafiła jednak podtrzymywać innych na duchu i napędzać w nich życie. Tak to jednak już jest na tym świecie ułożone, że najłatwiej radzić innym, a najtrudniej poradzić sobie z samym sobą…

Julia była zamkniętą w sobie dziewczyną, jej rodzice rozeszli się kiedy miała zaledwie dwanaście lat. Z dzieciństwa najlepiej pamiętała kilka nieprzyjemnych faktów. Pamiętała, że ojciec sporo pił, matka nie potrafiła tego znieść, więc odeszła. Doskonale zapamiętała ojca, kiedy wpajał jej że „musi być twarda, bo takie czasy”, i kiedy dokładnie tłumaczył jak należy się bić, żeby samemu nie oberwać i kontrolować całą sytuację. Płakała za każdym razem kiedy o tym myślała – on chciał mieć syna ale urodziła się córka. Poradził sobie z tym – skoro nie miał pierworodnego to tłumaczył pierworodnej jak powinno wyglądać jej życie. Tak naprawdę życie chłopaka gotowego na wszystkie niespodzianki… Nie miało dla niego żadnego znaczenia że była dziewczynką, on widział w Julii swojego syna. Przez to wszystko zamknęła się w sobie – najpierw przed ojcem, później przed całym światem, przede wszystkim ludźmi. Nie potrafiła im ufać, nie wiedziała jak ich kochać. Zdecydowała się na studiowanie psychologii żeby poznać siebie, zrozumieć swoje życie i choć trochę je naprawić. Także żeby pomagać innym i nie dopuścić ich do swojego stanu.
Pomimo wiedzy akademickiej jedną z większych trudności było dla niej podejmowanie decyzji. Nienawidziła tego! Jedyne co mogła wybierać to sprawy nie mające większego wpływu na jej poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzny komfort. Mogła więc – i uwielbiała to robić – wybierać ciuchy, buty czy kapelusze. To samo z kwiatami, którymi w miarę możliwości zapychała każde wolne miejsce; podobnie z obrazami czy rzeźbami. Jednakże już wybór dania w restauracji czy też samej restauracji, nie mówiąc o decyzjach typowo życiowych, nastręczał większe trudności. Na szczęście nie bywała w restauracjach, na nieszczęście nie stać jej było na ciuchy, buty i kapelusze… Zasadą było, że im coś miało większy wpływ na życie tym trudniej było zdecydować się na wybór: miejsce zamieszkania, kierunek studiów, praca, mężczyzna z którym przyszłoby spędzić życie – to wszystko wydawało się takie trudne, takie przerażające i przerastające małą, kruchą Julię.

Najchętniej zdałaby się na kogoś, kto wybawiłby ją od wszechobecnych wyborów i rozstajnych dróg; kogoś, kto miałby na celu jej dobro i szczęście, na kim można by się całkowicie oprzeć i całkowicie dla niego poświęcić… I stało się tak, że pomimo tych wszystkich życiowych trudności i dylematów była szczęśliwa. Miała kogoś dokładnie takiego, jakiego potrzebowała. Tym kimś był murarz Jan Kowalski. Oboje byli dla siebie stworzeni, uzupełniali się pod każdym względem. Byli pomarańczą.

Choć on nigdy nie miał dziewczyny, nie bardzo wiedział jak należy się zachowywać, jak o nią zadbać. Bo, że trzeba dbać i że tego pragnie z całego serca był pewien. Starał się więc jak mógł, w miarę swoich możliwości rozpieszczał ją i poświęcał wszystko co miał dla niej. Kiedyś postarał się o romantyczną kolacje przy świecach! Tak naprawdę przy połówce świecy, bez żadnego świecznika tylko na zakrętce od słoika. Ale co miał innego zrobić, skoro nie miał świecznika a na kupno nawet najtańszego nie było go stać? Nie było też wytwornych potraw – zrobił zapiekany ryż z jabłkami i cynamonem.
Julia kochała go za to wszystko co dla niej robił, co starał się robić, nawet mimo to, że czasem bardzo nieporadnie mu to wychodziło. Najważniejsze było dla niej to, że Janek był bardzo opiekuńczy, że zawsze potrafił ją pocieszyć, że dawał jej wiarę w przyszłość.
Oboje byli straszliwie skomplikowani, oboje byli też bardzo nieśmiali. Nie było między nimi żadnej poważnej fizyczności. Całowali się tylko, choć wiedzieli że może być coś więcej i że to coś będzie kiedyś pięknym przeżyciem. Nie chcieli się jednak z niczym spieszyć; mieli przed sobą przecież całe życie.

VII

Po owej romantycznej kolacji z zapiekanym ryżem Janek odprowadzał Julię na tramwaj. W drodze powrotnej zobaczył chłopaka sąsiadów – Piotrka.
– Piotrek! Chodź do domu, matka się martwi o ciebie! – zawołał nastolatka, który siedział przed sklepem z kilkoma podobnymi wiekiem.
– Niech się martwi, nie twoja sprawa! – odpowiedział Piotrek.
– Może i nie moja, ale twoja. Chodź!… chodź na chwilę, pogadamy.

Piotrek przyszedł, co prawdę mówiąc zaskoczyło Janka. Ale skoro przyszedł i skoro mieli porozmawiać, to coś należało powiedzieć.
– Dlaczego z nimi chodzisz? Przecież to młodzi bandyci, nie wiesz o tym? – zaczął od razu z grubej rury.
– Skąd wiesz, że bandyci? A w ogóle to są moi koledzy, nic ci do tego co robią! – nastolatek stanął okoniem.
– Chodź do domu. Jeśli to są twoi dobrzy koledzy to się nie obrażą. A matka w domu płacze za tobą. Chodź… Idziesz?
– Nooo… idę. Cześć chłopaki, muszę iść. – krzyknął do pozostałych przed sklepem. Tamci pomruczeli coś pod nosem, niezbyt wyraźnie ale Janek i tak wiedział co. To samo mruczeli jego koledzy kiedy chodził do budowlanki i nie chciał pić wina.

W drodze do domu Kowalski chciał przekazać coś mądrego Piotrkowi. Nie bardzo wiedział jak, ale zaczął mówić o tym, że mimo iż on sam nic nie ma nie myśli nawet o tym żeby cokolwiek ukraść. Mówił, że każdy powinien mieć w życiu jakiś cel, powinien na wszystko zapracować uczciwie, a nie kradnąc. Piotrek twierdził, że rozumie. Ale twierdził też, że nie ma co robić przy blokach, że koledzy go namawiają a on nie może odstawać, bo przecież będą się z niego śmiać.
– Niech się śmieją. Ty będziesz kimś, a oni posiedzą w więzieniu. Kto wtedy będzie miał rację? Zastanów się nad tym, dobra? Dzisiaj się zastanów, zanim zaśniesz. Obiecujesz?
– Niech ci będzie… Zobaczy się.

VIII

Po kolejnym ciężkim dniu pracy na budowie Kowalski poszedł jak zwykle do domu starców, gdzie również pracował, ale ta praca była dla niego przyjemnością. Zawsze po wykonaniu zwyczajowych obowiązków zostawał dłużej, rozmawiał z mieszkańcami domu, grał z Henrykiem w szachy. Tym razem jednak wśród staruszków panowało straszliwe przygnębienie. Nad ranem zmarł jeden z mieszkańców domu.
Śmierć w takim miejscu nie była niczym nadzwyczajnym – każdy spodziewał się, że kiedyś przyjdzie, każdy liczył się z tym, że być może przeżywa swój ostatni dzień. Jednak kiedy umierał ktoś z sąsiedniego pokoju lub nawet z przeciwległego końca korytarza, robiło się smutno. Wszystkim. Smutek i zamyślenie nie ominęły także pana Henryka.
– Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego warto żyć? – zapytał Henryk chłopca.
– Ależ co pan, panie Henryku! Szukuje się pan na tamten świat, jak Józek? – ożywił się nieco przerażony tą myślą Janek.
– Nie… nie szykuję się jeszcze. Dobrze się czuję, przecież sam wiesz. Ale przez józkową śmierć cały dzień o tym dzisiaj myślę.
– I co?
– I nie daje mi to spokoju.

Grali w szachy, jak zwykle. Zwyczajowo też pili przy tym herbatę. Gra toczyła się jednak wolniej, była bardzo wyrównana. I tak naprawdę była tylko towarzystwem do rozmowy.
– A pan wie dlaczego warto żyć? Ja jestem młody jeszcze, ale pan przecież swoje przeżył…
– Chcesz powiedzieć, że jestem już stary?! – zaczepnie zapytał Henryk.
– Nie! Nie, przecież wie pan, że nie! Nie to miałem na myśli… Pan tyle przeżył, tyle pan wie i tyle mi pan opowiadał… Coś na pewno było takiego, że było warto cierpieć i męczyć się z tymi gorszymi chwilami, prawda? Niech pan opowie… Pan tak ciekawie opowiada… I mądre rzeczy pan opowiada.
– Masz rację, Janek. Tyle razy mówiłem ci, żebyś mówił mi po imieniu, a ty ciągle tylko pan i pan…
– No tak, ale wie pan że nie potrafię inaczej. Taki już jestem. To przez szacunek… – zakłopotał się nieco Kowalski, ale pomimo tych rzeczywiście licznych przyzwoleń na mówienie po imieniu do prawie o sześćdziesiąt lat starszego człowieka nie potrafił się przełamać. Właśnie dlatego; tak jak powiedział.
– Dobrze, dobrze… Niech ci już będzie.
– To jak, opowie pan coś?
– Opowiem. – uśmiechnął się staruszek pachnący naftaliną, o siwej przerzedzonej czuprynie.

Opowiadał. Mówił o tym kiedy po raz pierwszy usłyszał „Dies irae” i „Confutatis” z „Requiem” Mozarta w wykonaniu żywej orkiestry. Mówił o swojej żonie, o ich pierwszych spotkaniach – o tym jak nie mógł się napatrzeć w jej oczy, jak przez cały dzień przeleżeli na łące rozmawiając i patrząc sobie w oczy. Opowiadał o tym, jak spoglądał tamtej młodziutkiej dziewczynie w oczy – prawie przykładając do jej oka własne, jak dotykali się wtedy rzęsami, ale nie miał odwagi jej pocałować. Rozmarzył się przy tym straszliwie, oczy roześmiały mu się. Wciąż ją kochał, choć minęło tyle lat od tamtej łąki… Całe jego życie!…
Podobnie rozmarzone oczy miał pan Henryk przy opowieściach o swoich podróżach. Niezbyt dalekich, ale i tak fascynujących młodziutkiego jeszcze Kowalskiego, który niczego przecież nie zdążył zobaczyć. Miejsca takiej jak praski Most Karola, wysokie góry czy podobne jawiły się w wyobraźni tak samo jakby były z fantastycznych baśni. A przecież Henryk widział je na własne oczy, sam chodził po tym moście, po tych górach, wdychał nadmorskie powietrze… Te miejsca istnieją naprawdę i on je widział, nie tylko czytał o nich w książkach.

IX

Zrobiło się późno, a ci dwaj mężczyźni, przyjaciele pomimo ogromnej różnicy wieku wciąż grali w szachy. Ciągle tę samą partię. Janek spojrzał na wiszący na ścianie zegar i poderwał się z krzesła.
– Strasznie pana przepraszam, ale muszę już iść. Ucieknie mi ostatni tramwaj do domu i co ja pocznę? Przecież to daleko stąd…
– Dobrze, dobrze. Idź i pospiesz się, żebyś nie błąkał się po nocy. – poganiał Henryk z wręcz matczyną opieką w głosie – Dokończymy innym razem, zostawię szachownicę na boku. Pamiętaj, że teraz twój ruch.

Janek popędził na tramwaj, ale nie udało mu się złapać tego ostatniego. Podjechał kawałek innym, potem musiał jeszcze przejść kilka przystanków.
Było chłodno, z nieba leciała cieniutka mżawka. Kowalski włożył ręce w kieszenie, schylił głowę i ruszył żwawym krokiem przed siebie. Na drodze stanęło mu trzech wyrostków. Najpierw – póki nic nie mówili i nie robili – nie zwracał na nich uwagi, ale ostatecznie zaczepili go. Chcieli papierosy. Tak naprawdę jednak szukali zaczepki, a papierosy to powód dobry jak każdy inny, równie dobrze mogliby zapytać dlaczego nie nosi czapki. Janek nie miał papierosów, nie miał też ochoty z nimi rozmawiać. Jednak oni mieli ochotę kogoś pobić. Trafiło akurat na Janka.

Bili długo. Bili przede wszystkim mocno. Na koniec ukradli zegarek z pękniętym szkiełkiem. Szkiełko pękło kiedy opadał po kolejnych ciosach. Później już nie bili rękoma, tylko kopali. Po brzuchu, po plecach, po głowie. Kopali też długo i też mocno. Zostawili go krwawiącego i ledwo przytomnego w ciemnej ulicy, z głową w kałuży.

Resztkami świadomości Jan Kowalski pomyślał o niedokończonej grze z Henrykiem. Pomyślał, że pewnie już jej nie dokończą… Pomyślał o Julii i jej płaczu, gdyby tylko była obok: „Moja biedna dziewczynka, co ona pocznie? Zaleje się łzami… Kto pomoże jej w tym bólu? Kto pomoże jej wybierać?”. Pomyślał też o Piotrku. Nie chciał, żeby stał się taki jak tych trzech. Pomyślał o wszystkich, dla wszystkich chciał dobrze, jak najlepiej. Jedyną osobą o której nie pomyślał kiedy leżał z głową w kałuży był młody chłopak, z wykształcenia murarz. Nie pomyślał o sobie, Janie Kowalskim. Nigdy nie dbał o siebie.

Gasnącymi oczyma widział jeszcze światła odbijające się w mokrym asfalcie i kałużach. Usiłował podnieść głowę, ale mięśnie odmówiły posłuszeństwa i rozluźniły się całkowicie, głowa opadła na bruk. Oczy pociemniały, światło w nich zgasło. Janek Kowalski ostatecznie stracił przytomność.

1999-2002

1 myśl na temat “Jan Kowalski, murarz

Dodaj komentarz