9 Songs

Dziewięć piosenek… może nawet więcej – nie liczyłem. W każdym razie w 9 songs poza takimi sobie piosenkami, całkiem niezłymi zdjęciami i dużą ilością nijakiego, ale za to pokazanego bardzo dosłownie seksu nic nie ma… Totalny nihilizm. Wszystko zamknięte w nieco ponad godzinnym dziele powstałym chyba tylko po to, żeby zaszokować owym dosłownym seksem. Zresztą – seks ów już chyba tak nie szokuje (przynajmniej mnie – prasa pisała nieco inaczej) – po Ostatnim tangu w Paryżu kilkadziesiąt już właściwie lat temu i Intymności kilka lat temu nic w kinie mnie nie zaskoczy. Przynajmniej w sferze pokazywania aktów seksualnych (bo wg mnie trudno nazwać to miłością)…

Film, fabuła… a raczej jej brak. Jest sobie para, która poza spędzaniem czasu w łóżku i na koncertach nie ma innego życia. Ktoś z krytyków napisał w prasie, że on zaczynają się kochać, ale zaczynają od seksu – najpierw łóżko, potem być może uczucie. Chyba tak właśnie jest, chociaż nie bardzo można do tego dojść oglądając film. Mnie ten film wprowadził w dziwny nastrój – nastrój nihilizmu i nieobecności. Znudził mnie, ale nie zniesmaczył. Ot – normalne manewry łóżkowe pokazane na ekranie. Seks, kreseczka, koncert, zdjęcia Antarktydy, koncert, seks… taka mniej więcej kolejność ujęć. I nic poza tym! Żadnego sensownego dialogu, żadnej akcji, nawet żadnej zdrady czy morderstwa ;). Nic.

Chociaż z drugiej strony – czasem właśnie tak to wszystko wygląda. Niestety.

Broken Flowers

Nowy film Jima Jarmuscha… jest jak typowy, doskonały film Jarmuscha. Wolno płynąca opowieść, specyficzny klimat i narracja. Świetna, choć banalna historia – ot, Don Jonhston (mój ulubiony – szczególnie po Między słowami – ostatnio Bill Murray) dostaje tajemniczy anonim, z którego dowiaduje się, że jest ojcem 19-letniego chłopca. Tylko kto jest matką? Bo Don od kobiet nie stroni(ł) całe życie…
Przyjaciel Winston – domorosły detektyw – namawia Dona, aby pojechał na poszukiwanie autorki listu. Przygotowuje całą podróż i prawie wpycha Dona do samolotu. Co dalej? Trzeba zobaczyć. W każdym razie – dalej trochę różowego koloru, maszyny do pisania i kobiety – różne kobiety, ale coś kiedyś musiało je łączyć, skoro Don nimi się interesował. Przynajmniej tak sądzę – uważam bowiem, że jednak szuka się zawsze jakiegoś podobnego typu partnera. Ten film gdzieś w dalekim planie ukazuje jak ludzie się zmieniają z biegiem czasu i tym, co w życiu ich spotyka. Ale nie Don.

Broken Flowers to nieco mniej typowe kino drogi. Droga zwykle prowadzi do przemiany bohatera. Nie tutaj, nie u Jarmuscha. Reżyser delektuje się opowiadaniem historyjki, a nie samą historią. Film jest znakomity – nieinwazyjnie wchodzi do głowy, nieco bawi, nieco zastanawia (świetna „dysputa” filozoficzna przy kanapkach na końcu filmu) ale przede wszystkim jest rozrywką, popisem prowadzenia opowieści dość banalnej, tak naprawdę.

Videodrome

Dokładnie pomiędzy 14 a 22 maja 1999 roku obejrzałem jakąś 1/4, może 1/3 filmu Videodrome Davida Cronenberga. Film był w polskiej telewizji, jakoś wieczorem, a ja standardowo zasnąłem podczas emisji.

Skąd wiem, że było dokładnie tak, a co więcej – z tak precyzyjną dokładnością? Otóż właśnie na przestrzeni tego tygodnia zapisałem sobie w takim zeszycie (nazywam go „little blue book with my poems in” parafrazując słowa z „The Wall”) pomysł na opowiadanie, który podczas emisji „Videodrome” przyszedł mi do głowy. Odnalazłem to przed chwilą i… niestety pomysł jest niedokończony; urywa się dokładnie w tym miejscu, do którego pamiętam go od lat! Dlaczego nie napisałem tego opowiadania? Chyba dlatego, że pomysł zbiegł się z filmem w TV (szczerze mówiąc nie wiem co było pierwsze – podobnie miałem z Oczami szeroko zamkniętymi i nawet bardziej Equilibrium) i widząc film uznałem, że nie można popełniać plagiatu (choć swoją wersję „Choinki u Chrystusa” Dostojewskiego mam rozpracowaną do końca, tylko siąść i przepisać z głowy), a poza tym będzie to wtórne.

Po tym przydługim wstępie należy się sedno sprawy: po co ten wstęp i ten wpis? Ano po to, że wreszcie, po przeszło sześciu latach (!) zobaczyłem „Videodrome” w całości. Nie byłoby plagiatu (…i dlatego nie zdradzam tutaj istoty tego pomysłu na tekst). Film – rewelacja (chociaż nie jest to arcydzieło – późniejszy eXistenZ znacznie lepszy). I co najgorsze – bardzo prawdopodobny w przyszłości.

Świat przestał być tylko realny, namacalny. Poza realnością jest też ta wirtualna sfera – jeśli nie ma cię w TV bądź Internecie, to znaczy że nie ma cię wcale. Co więcej – sfera wirtualna wystarczy! Jeśli jesteś w TV i/lub Internecie to znaczy, że istniejesz na pewno w rzeczywistości. Jaka to blaga! Jedna wielka blaga!

W takim razie można pokusić się o stwierdzenie, że wszystko można wykreować jedynie wirtualnie. Sądzę, że gdyby zjawił się ktoś kto zechciałby pokazać światu jak łatwo poddać społeczeństwo wirtualnej manipulacji (tj. manipulacja byłaby prawdziwa, ale odbywałaby się w całości jedynie w wirtualnym świecie) mógłby to bardzo łatwo osiągnąć. Wszystko jest kwestią kosztów. I precyzji oraz dobrej reżyserii.

Załóżmy sytuację taką jak w Polsce w tym momencie: kampania przed wyborami prezydenckimi. Wymyślamy sobie fikcyjnego kandydata. Z mediami i wyborcami kontaktujemy się jedynie za pośrednictwem elektroniki: Internet oraz gotowe nagrania audio i video dostarczane redakcjom. Problemem mogłyby być akcje typu konferencje prasowe. Bo jestem przekonany, że wszelakie wiece można by obejść. Wystarczy sztab ludzi, jakiś fikcyjny (choć w tym momencie rozwoju techniki jeszcze jednak istniejący realnie) człowiek-kandydat, który użyczyłby swojej twarzy i głosu (niekoniecznie musi to być ta sama osoba) i odpowiednia promocja. Dużo promocji, dużo public relations i jeszcze więcej marketingu (głównie w sensie reklamy – billboardy, spoty telewizyjne i radiowe). Mogę iść o zakład, że odpowiedni program podparty odpowiednio medialnym (odpowiedni głos, wygląd, zachowanie, słowa, gesty i mimika) i wyszkolonym człowiekiem byłby w stanie zgromadzić 10-15% poparcia społeczeństwa. Skoro może istnieć bank (jakże wymagająca zaufania instytucja!) nie mający placówki to może też zaistnieć nieistniejący kandydat na prezydenta.

Coś działającego w drugą stronę (świat wytworzony wokół nieświadomego człowieka) to The Truman Show. Sądzicie, że jest to tylko niemożliwa do realizacji (w tym momencie) fikcja filmowa?…

Nowa praca i nowe miasto

Od prawie trzech tygodni pracuję w nowym miejscu. I to nie tylko w „nowym zakładzie pracy” tudzież w „nowej firmie”, ale całkowicie w innym miejscu.
Zmieniłem z dniem 4 lipca (heh… może to zbieg okoliczności, ale tak na prawdę w tym momencie właśnie zauważyłem, że to właśnie 4 lipca! A nie tak dawno oglądałem po raz kolejny Born on the 4th of July, ale mniejsza o to) miejsce zamieszkania, a nieco później zacząłem pracę w centrali pewnego banku. I teraz już nie mieszkam w moim ukochanym Krakowie, a w Warszawie…

Na razie tylko „Warszawie” – bez żadnych epitetów.

Czy lepiej? Jeśli chodzi o pracę to na pewno – jestem osobą odpowiedzialną (przede wszystkim) za treści ukazujące się na stronach portalu tegoż Bardzo Wielkiego Banku ;) oraz za kilka innych spraw (ostatnie dwa dni w pracy to – nie licząc pomniejszych spraw – analiza rocznych statystyk portalu; wcześniej przygotowanie nowego layouty newslettera). Podoba mi się. Podoba mi się praca, to co mam do roboty i jak to wygląda; podoba mi się wiedza którą już zdobywam i cała ta wiedza, która jeszcze przede mną. A sporo jej.

Czy lepiej, jeśli chodzi o miasto? Jeszcze nie wiem. Od 4 lipca nie wyjechałem z Warszawy (nie licząc jakiegoś drobnego popołudnia nad jeziorem). Nie czuję się tutaj tak swobodnie jak czułem się w Krakowie (no, ale w Krakowie mieszkałem w sumie dziewięć lat), ale nie czuję się też specjalnie wyobcowany. Może dlatego, że mam się z kim spotkać? Może dlatego, że poza pracą i kilkoma osobami tak na prawdę nie bywam w mieście? Nie chodzę po klubach, nie rozmawiam z ludźmi? Może po prostu jeszcze się nie oswoiłem… Sam nie wiem, trochę też nie ma na to czasu.
Nie ciągnie mnie za bardzo do Krakowa (ale do ludzi, którzy w Krakowie zostali jak najbardziej – to dwie różne sprawy) – bardziej ciągnie mnie do zwiedzania Warszawy i poznawania jej. Tak po prostu chodzenia po niej, poruszania się i poznawania. Ulic, placów, parków, knajp i pubów.

Ciekawy spam

Bardzo zdziwiło mnie coś, z czym ostatnio spotkałem się w tym blogu.
Otóż w którymś momencie zaczęły pojawiać się komentarze do postów podpisywane „online casinos” czy coś w tym stylu. Nie znadziecie ich, bo je usuwam :). Ale nie w tym rzecz – rozumiem spamowanie skrzynek pocztowych, ale nie spotkałem się jeszcze z automatami robiącymi wpisy w komentarzach czy książkach gości.
Po co to? Oczywiście chodzi o linki do stron i nic poza tym. W tym momencie (po małych „tańcach” google) blog.prokulski.net ma PageRank równy 2/10. Nie jest to dużo, ale jednak jest. Wiadomo, że linki ze stron z wysokim PageRank powodują wzrost pozycji strony (do której te linki prowadzą) w wynikach wyszukiwania. Cel takich wpisów jest wiadomy.
Spotkał się ktoś z tym? Może podzielić się uwagami? Zachęcam do dyskusji!

Nowe zdjęcia

Na stronie pojawiło się kilka nowych zdjęć. W sumie jest ich już 140 (co w zasadzie nie jest jakąś szokującą liczbą, ale trochę tego jest, jakby nie patrzyć).

Te nowe fotki pojawiły się w działach Kraków (sporo zdjęć z Kazimierza takiego jakim go lubię – rudery, brud itd), Kwiatki, Inne, jedno w Portret i dwa w Autoportret.

Zapraszam do oglądania i być może komentowania (tutaj, w blogu).

Nine Inch Nails – [WITH_TEETH]

Cudne! Miażdżące! Piękne w swym brudzie.

Tak mogę określić nową płytę NIN – premiera była 2 maja, płytki słucham od jakiegoś tygodnia.
Nigdy za Nailsami nie przepadałem, byli za głośni, za bardzo jazgotliwi. Ceniłem jednak „The Perfect Drug” z „Zagubionej…” czy też kilka innych znanych utworów („Closer”, „Sin” czy „Burn” wykorzystany w „Urodzonych…” albo „Starfuckers, Inc.” z poprzedniej płyty). Ale nigdy nie przebrnąłem przez całą płytę – po prostu było to dla mnie za głośne i tyle.

No, ale „With teeth” zacząłem poznawać właściwie od słuchania na słuchawkach – zupełnie inny odbiór niż moje nędzne głośniczki przypięte do komputera. Słychać każdy dźwięk, każdy brud, każdy szczegół całej tej układanki. I właśnie za te szczegóły i ich mnogość (jak to ktoś na grupie pl.rec.muzyka.rock stwierdził – nie ma gdzie już szpilki wetknąć) cenię tę płytkę.

Momentami ściana dźwięku. Ale wcześniej coś jak nocna jazda samochodem pustą drogą przez gęsty las (znam takie miejsce – jadąc z Popielowa do Kup; kilkanaście kilometrów od Opola) . Coraz szybciej, na coraz większym gazie, chociaż tak na prawdę słychać tylko szum wiatru i silnika (mruczenie bardziej)… tak samo delikatnie jak w „Ridern on the Storm” Doorsów (mam na myśli wrażenie, a nie jakiekolwiek muzyczne porównania!). Tyle, że nagle wyrasta przed nami na owej drodze betonowy mur, w który wgniatamy się całym impetem. I za chwilę ponownie. I dalej, i szybiciej i na nowo z każdym kawałkiem.
Są też piosenki. Po prostu piosenki, a to dość nietypowe dla Reznora… takie jak np. singlowy „The Hand That Feeds” czy „Only”. Mistrzostwo świata, trzeba posłuchać.

Dzięki „With teeth” sięgnąłem po starsze płyty NIN. I nie żałuję. Już mnie uszy nie bolą.