Wizyta w Moskwie – wrażenia z pobytu

Dzisiaj użyczam łam Ani – mojej dziewczynie, która spędziła początkowo sama trzy tygodnie, a później jeszcze tydzień ze mną w Moskwie. Opisała wszystko pięknie, zdjęcia są nasze wspólne, wrażenia też.

Wyjazd do Moskwy zaplanowałam więcej niż pół roku wcześniej. Początkowo wahałam się czy przypadkiem nie zamienić Moskwy na Sankt Petersburg, ale nie trwało to długo. Od dawna chciałam zobaczyć wielką stolicę upadłego imperium. Wydawała mi się, po lekturze przewodników, bardziej pociągająca, przez swą różnorodność, niż historyczna siedziba carów. Wybrałam tak także nieco na przekór wszystkim, którzy namawiali mnie na malowniczy Petersburg i odradzali postsowiecką metropolię.

Zdawałam sobie jednak sprawę, że nie ma sensu jechać tam na tydzień czy parę dni, zwłaszcza dla osoby, takiej jak ja, „skażonej” rusofilizmem. Pojechałam tam nie tylko po to, aby zobaczyć truchło Lenina czy Plac Czerwony, ale przede wszystkim po to, żeby przez „chwilę” poczuć się prawdziwą grażdanką. Dla niewtajemniczonych: żyć z dnia na dzień po prostu jak mieszkanka Moskwy.

Oczywiście do końca mi się to nie udało, bo miesiąc to z jednej strony dość długo jak na wyjazd turystyczny, ale jednak za mało, żeby poczuć się trochę tubylcem.

Myślę, że gdzieś tak pod koniec pobytu, kiedy przyjechał do mnie Łukasz, przekraczałam granicę, w której człowiek przestaje czuć się „wyobcowany” i pewne sprawy codzienne dzieją się rutynowo.

Mieszkałam w akademiku, który mieści się w Instytucie Języka Rosyjskiego im. Puszkina, prowadzącego kursy językowe dla obcokrajowców. Dla mnie kurs bardziej był pretekstem i ekonomicznym rozwiązaniem na dłuższy pobyt niż celem samym w sobie.

Tym, którzy cenią sobie wygodę i sprawne działanie urządzeń powszechnego użytku, jak np. winda, Instytutu Puszkina jako taniego hostelu – nie polecam ;)

Cechą, jaką należy w sobie wykształcić w przypadku pobytu w Federacji Rosyjskiej jest na pewno cierpliwość. To słowo, jak i ogólnie, postawa ma ogromne znaczenie w obcowaniu z tamtejszą kulturą i może zdecydowanie pomóc w adaptacji w tamtejszym środowisku. Człowiek niecierpliwy i nastawiony na szybkie, sprawne i logiczne rozwiązanie problemu czy też zaspokojenie swoich potrzeb niekoniecznie powinien wybierać akurat ten kierunek geograficzny.

Stróże prawa mateczki Rosji zadbały o to, aby każdy przyjezdny, „inastraniec”, prawie na każdym kroku czuł respekt. Nie wystarczy, że musisz uprzednio postarać się o zaproszenie i wizę, ale chcąc spokojnie spać i zwiedzać oraz potem bez przeszkód wrócić do swej matczyzny, powinieneś – uważajemyj turisto – pamiętać o starannym wypełnieniu i pilnowaniu karteczki migracyjnej oraz o obowiązku tymczasowego meldunku. To ostatnie jest wręcz sztuką dla sztuki. Bo wszyscy, którzy jeżdżą do Rosji wiedzą, że zwykłą wizę turystyczną załatwia się bez problemu, jednakże chcąc spędzić w Rosji więcej czasu niż 3 doby, należy się zameldować. Większość najzwyczajniej w świecie kupuje sobie taką registrację w „zaprzyjaźnionych” agencyjkach. Ja nie miałam z tym problemu, bo za mnie załatwiał wszystko Instytut. Łukasz zaś musiał stawić się w śmiesznym rosyjskim ofisie, wyłożyć na stół rubelki, stawić się na dzień następny, dostać jakiś śmieszny świstek i dowiedzieć się o obowiązku zwrócenia go na dzień przed odlotem. Kalkulując wyszło nam z tego wszystkiego jakieś 2 czy 3 dni swobodnego chodzenia po mieście z poczuciem pewności, że można bezczelnie uśmiechać się do rosyjskich władz mundurowych. Absurd. Oczywiście „cenny świstek” przekroczył razem z nami powrotną granicę, bo ani nam się śniło jechać po raz trzeci do tego śmiesznego biura. Myślę, że Łukasz ma już tam jakąś teczkę. W końcu obowiązku nie dopełnił.

Tak, tak… w Rosji obywatelem świata się nie poczujesz, a Twój European Passport wiele tam nie znaczy.

Paradoksalnie chyba jednak chciałam trochę zakosztować takiej biurokratycznej egzotyki. Nie miałam cienia złudzeń, że pod tym względem cokolwiek się w tym kraju zmieniło. Właściwie wysnuliśmy z Łukaszem wspólną tezę, że na taki potencjał ludnościowy jest to pewien sposób przeciwdziałania np. bezrobociu, ot co!

Stąd Pani w gabinecie nr 357 jest od tego, aby poinformować, że Pani w gabinecie obok przykleja w dokumencie zdjęcie, a Pani piętro niżej w gabinecie 201 stawia pieczęć… itede, itepe. Taki urok, taki obyczaj. I już.

Moskwa na co dzień jest trochę przytłaczająca. Nie urbanistycznie, bo przestrzeni użytkowych i rekreacyjnych mają tam dużo. Geometrycznie rozplanowane parki i place, czteropasmowe jezdnie, monumentalne budynki, szerokie mosty dają w pierwszych dniach pobytu wrażenie lekkiego oszołomienia raczej niż przytłoczenia.

Gdzieś tak po tygodniu przytłacza ilość ludzi, pogoda, lokalne przyzwyczajenia. Duszne, zapchane metro, które notabene działa idealnie i skarg składać wręcz nie wypada, zanieczyszczone powietrze, wyczerpujące w okresie letnim trzydziestoparostopniowe temperatury, chwilowe i w ogóle nie przynoszące orzeźwienia deszcze, i z drugiej strony na każdym kroku uświadamianie sobie, że jesteś w miejscu, gdzie wszystko działa trochę wbrew logice, rynek konsumenta istnieje miejscowo, obcokrajowiec dla zasady płaci więcej, a pojęcie informacji jako takiej właściwie nie istnieje.

[ad#postad]Zdaję sobie sprawę z tego, że to co piszę jest uproszczeniem, jednak Rosjanie zaskakująco mało wiedzą o swojej kulturze. Dziesiątki razy zdarzało mi się pytać ludzi na ulicach – gdzie znajduje się jakiś monastyr, kościół czy pomnik i pierwszą reakcją zwykle było zdziwienie, że coś takiego w ogóle znajduje się gdzieś w pobliżu, nie mówiąc już o jakimkolwiek precyzyjnym wytłumaczeniu, wskazaniu drogi. Lakoniczne nie znaju po ostentacyjne ja tutaj tylko pracuję po kuriozalne odsyłanie mnie do Panów milicjantów. Ci ostatni widocznie cieszą się ogólną społeczną estymą, lecz pożytku z nich, przynajmniej pod tym kątem, wielkiego nie ma.

Zatem przewodnik plus znajomość języka – Twoje turysto wybawienie.

Mimo zresztą mojego dotychczasowego krzywienia gęby – naprawdę warto tam się wybrać.

Moskwa ma swój charakter, ma swoją wielosetletnią historię, którą czytać można właściwie na ulicach. W jakim bowiem innym mieście mogłabym znaleźć ulicę o nazwie Szosa Entuzjastów? To tylko przykład obrazujący jedną z narzucających się cech tego miejsca. Wciąż czuje się tam socjalistyczny rozmach, dziesiątki pomników większych i mniejszych nawiązujących do minionej, upadłej, ale jednak wielkiej epoki spod znaku sierpa i młota. Jakby wszystko wykonane było w komsomolskim duchu i trudzie zarazem.


Polecam wycieczkę do WDNCh, wielkiego centrum osiągnięć gospodarczych ZSRR. Sama nazwa przyciąga. Na szczycie głównej bramy błyszczą dumnie trzymając w dłoniach snop zboża – robotnik i kołchoźnica. Po drodze mijamy budynki o różnorodnym architektonicznym rodowodzie, z których każdy nawiązuje do tradycji jednej z byłych republik Sajuza. Zaś one same – symbolizowane przez zwiewne kształty pozłacanych, trzymających się za ręce, niewiast – znajdują się w centralnym miejscu. Można jeszcze zwiedzić starą maszynę Aerofłota T-154 jak również przypomnieć sobie o kosmicznych aspiracjach Rosjan, bowiem zaraz za samolotem wisi „prawie” jakby przygotowana do startu rakieta. O tym, że dalekoprzestrzenne ambicje Rosjan odeszły w przeszłość świadczą ruiny Centrum Kosmonautyki, które niegdyś przyciągało turystów. Miejsce zresztą jest bardzo specyficzne, trochę lunapark, trochę ogród, trochę centrum rozrywki… a zaraz obok typowy rosyjski bazar. Na wszystko z góry spogląda, jakżeby kto inny jak nie Włodzimierz Ilicz.

Drugim takim miejscem, które zrobiło na mnie szczególne wrażenie jest Cmentarzysko obalonych pomników, z górującym nad wszystkimi olbrzymim, kilkunastometrowym monumentem Piotra I. Położenie nieprzypadkowe,bo zaraz obok wejścia do Nowej Trietiakowki, którą notabene również trzeba wpisać do obowiązkowego kanonu zwiedzającego Moskwę. Skupisko wszystkich komunistycznych mózgów i oprawców poprzedzone pseudoawangardowymi egzemplarzami dwudziestowiecznej sztuki radzieckiej – w końcu wejście jest od Parku Kultury, a nazwa zobowiązuje ;). Do tego wszystkiego rzeźby ogrodowe albo postacie mało mające wspólnego z bohaterami sowieckimi jak np. Fryderyk Chopin czy też drewniana postać Pinokia.

Wśród Parków, uwielbianych przez Rosjan zresztą, wyróżnia się zdecydowanie Park Pabiedy czyli po naszemu Zwycięstwa. Rosyjska wojna ojczyźniana, pod wezwaniem której znajduje się w tymże Parku bardzo ciekawe Muzeum, rozpoczyna się w Rosji w 1941 r. Drażniące to jest nieco z tzw. polskiej perspektywy, jednak w Rosji wszelkie rewizje historii przychodzą z ogromnym trudem. Rosyjską Pabiedę wieńczy Nike otoczona przez anioły i konnych jeźdźców, olbrzymia statua nadająca całemu miejscu mocno imperialistyczny charakter. Wokół iluminacje fontann, młodzi rosyjscy rollersi, zaś w pobliżu jedna z najmłodszych cerkwi w Moskwie. Znów eklektyzm i egzotyka godna Moskwy.

Mniej egzotyczne, ale bardziej monumentalne są strzeliste pod niebo tzw. stalinowskie gotyki, ubarwiające moskiewskie panoramy. Najbardziej okazały jest chyba Uniwersytet Łomonosowa, znajdujący się niedaleko Wróblowych Wzgórz. Prawie niemożliwy do sfotografowania w jednym kadrze na przeciętnej cyfrówce. Godny obejrzenia głównie o zmierzchu i wieczorem, gdy jest oświetlony. Można odnieść wrażenie, że został zbudowany z prawdziwą wiarą w sukces radzieckiej nauki.

Pozostałe przypominają bardziej lub mniej nasz swojski, stołeczny PKiN. Mnie się podobało, ze względu na wkomponowanie w tło, rosyjskie MSW – wyłaniające się zza zabytkowych, klasycyzujących kamienic Starego Arbatu. Intrygujące zresztą połączenie, bo przecież Arbat był niegdyś dzielnicą rosyjskiej inteligencji i artystycznej cyganerii.

Takich intrygujących, raczej nie zamierzonych połączeń jest więcej, choćby konstruktywistyczne Muzeum Majakowskiego, którego obejrzenie rekomenduję jednym tchem każdemu, znajduje się na przeciw Łubianki. Dom, w którym mieszkał ten awangardowy, choć komunizujący i wspierający idee rewolucji artysta usytuowany jest dokładnie na wprost dawnej siedziby KGB, w której zamordowano w imię tych idei dziesiątki tysięcy Rosjan.

Miejsca takie jak Arbat i odbijające od niego mniejsze uliczki, dzielnice typu Patriarsze Prudy, czy też znajdujący się za Placem Czerwonym Kitaj-Gorod odsłaniają przed nami starą, carską Rosję. Możemy natknąć się na piękne, stare kamienice, jak budynek giełdy oraz urokliwe, bardzo stare cerkwie. Czasem trudno uwierzyć, jak wiele z nich zachowało swój oryginalny charakter i uniknęło świeckiej opatrzności sowieckich władz. Naprawdę bardzo wiele sakralnych i carskich zabytków zachowało się w Moskwie. Kompleksy takie jak Kołomienskoje, Monastyr Nowodziewiczy czy Carycyno stanowią odrębne, wewnętrzne cząstki historii.

Wyjątkiem jest może cerkiew Chrystusa Zbawiciela, ze swoją kontrowersyjną historią, opisaną genialnie przed laty przez Kapuścińskiego. Odbudowana w wielkim stylu za niewyobrażalne pieniądze z budżetu państwa rosyjskiego, wierna kopia swojej poprzedniczki – zniszczonej z rozkazu Stalina na początku lat trzydziestych.

Dzięki temu, że przyjechałam na kurs miałam okazję, nie pierwszy raz zresztą w swoim życiu, słuchać rosyjskich przewodników podczas zwiedzania tych wszystkich miejsc. Rosyjski ekskurs-zawod to specjalny gatunek człowieka, całkowicie oddanego swojej misji, przekazującego treści już nie propagandowe, za to w całkowicie propagandowy sposób. Zjawisko niebanalne.

Typowo „noworosyjski” klimat panuje na Twerskiej – pokazowej ulicy handlowej Moskwy. Błyszczą witryny nowoczesnych sklepów, gdzie sprzedaje się markowe produkty, jest głośno i tłoczno, młode Rosjanki drażnią oczy pstrokacizną strojów, spotykamy luksusowe auta, niekiedy również kierowców obwieszonych złotymi łańcuchami. Normalny klimat wielkomiejski z domieszką rosyjskiej tandety i blichtru. Spacer jednak umila ciekawa architektura i poszczególne, mijane po drodze obiekty, jak np. pilnie strzeżona kafkowska twierdza mera miasta czy też słynne delikatesy Jelisejewa, z przepiękną sztukaterią wewnątrz. Zainteresowanym XX wieczną historią kraju polecam wizytę w Muzeum Rewolucji.

Innym miejscem symbolizującym dzisiejszą rosyjską nowoczesność jest Nowy Arbat.

Wtopiony w socrealistyczne tło, błyszczący neonami kasyn, wystaw samochodowych i biżuterii, eleganckich restauracji i foodcortów wygląda trochę z karykaturą Las Vegas.

Najtrudniej napisać coś o epicentrum, sercu stolicy – wielkiej Krasnoj Płoszczadi.

Któż nie słyszał tej nazwy? Każdy, kto choć przez chwilę był w Moskwie, przejazdem czy tylko służbowo Plac Czerwony „zaliczył”.


Moje pierwsze wrażenie było właściwie nijakie… chyba myślałam, że jest większy. A przecież jest wielki. Chyba sądziłam, że bardziej zabytkowy i zwalający z nóg. A przecież ma i stylowy dom towarowy GUM, i neogotyckie Muzeum Historyczne, i mauzoleum boga rewolucji, i Kreml ze skarbnicą carów oraz jedną z najoryginalniejszych budowli cerkiewnych jakie widziałam – cerkiew Wasilewską. Taki paradoks. Trzeba mi było się oswoić, zrobić porządny spacer o zmierzchu spod Galerii Trietiakowskiej, a potem ujrzeć to wszystko o północy. I choćby dlatego warto tam pojechać. Świadomość, iż kilka wieków temu było w tym miejscu zwykłe targowisko pod Kremlem wywołuje śmieszne odczucia. Dziś to jedno z najpopularniejszych miejsc w tej części Europy.

A wizyta w najsłynniejszym mauzoleum świata przyda się na opowiadanie znajomym anegdot. Polecam zwłaszcza wzrokowy kontakt z tymi bodyguardami trzeciej czy też czwartej już wersji Lenina.

Jak myślę teraz o Moskwie to widzę różnorodność i myślę, że to jest cecha wyróżniająca tego miasta. Widzę śmiesznie ubranych i ufryzowanych ludzi w metrze, grupkami spacerujące służby mundurowe na ulicach, przypominają mi się niemiłe ekspedientki w sklepach spożywczych, kierowcy-anarchiści, ale też urocze wypady do małych soborów na krańcach miasta, powrót o zmierzchu z Parku Izmajłowskiego, skromne, choć pełne tajemniczego uroku mieszkanie Bułhakowa, wieczorny rejs po rzece Moskwie…

Chyba nie chciałabym tam mieszkać, ale na pewno chciałabym kiedyś tam wrócić, zwłaszcza zimą…

Jednak podróżom na Wschód póki co mówimy stop, Łukaszowi – za to Jego moskiewskie poświęcenie – należą się w końcu jakieś wakacje w kraju o bardziej zbliżonych do europejskich standardach cywilizacji… ;)